Wydanie internetoweAzja

Afganistan'2003

Małgorzata ManieckaAfganistan
Afganistan'2003

Jest to tylko wycinek podróży, która wiodła prze Ukrainę, Rumunię, Bułgarię i Turcję do Iranu, potem przez Afganistan do Pakistanu i z powrotem - Iran itd. Ta sama trasa.

Mapa trasy: Afganistan'2003
Mapa trasy

Pomysł podróży do Afganistanu zrodził się w Ardabil (północny Iran). Mój towarzysz podróży rzucił hasło, a ja je podłapałam i już jechaliśmy do Teheranu, aby załatwić tam wizę. Jesteśmy dosyć wcześnie pod ambasadą, a mimo to jest tam już parę osób. Ambasadę otwierają dopiero o 9. Parę minut przed 9tą drzwi otwierają się i wpycham się do środka, aby mi nie przepadła kolejka. Za nami już robi się tłum, tak kolorowy i różnorodny, że chciałoby się zrobić zdjęcie, lecz to raczej ryzykowne. Wszyscy chcą wracać do Afganistanu. Pobieram wnioski i dowiaduję się, że muszę mieć pismo popierające lub polecające z ambasady polskiej. Jakiś młody Afgańczyk (jednakże urodzony w Iranie) oferuje nam swoją pomoc i jedzie z nami do polskiej ambasady. Wiadomo, że z nim taksówkarz będzie bał się nas oszukać i będzie łatwiej. Mówi dosyć dobrze po angielsku. W ambasadzie nie ma na szczęście tłoku, konsul dziwi się, że nie załatwiliśmy sobie wizy w Polsce i w ogóle patrzy na nas dziwnie. Pewnie myśli, co to za dużo i jak pachną..... Całą noc spędziliśmy w pociągu. Nic się nie odzywamy, no bo co mu powiemy, że dwójka narwańców jedzie do... piekła. Obiecuje napisać to pismo do 2 godzin. Do ambasady przychodzą Pakistańczycy i Irańczycy i opowiadają nam, że trudno jest dostać wizę do Polski. Po niecałej godzinie pismo jest gotowe i właściwie powinniśmy zapłacić po 25$, ale w ramach promowania turystyki opłata jest nam darowana. Uradowani łapiemy następna taksówkę by jak najszybciej dotrzeć z powrotem do ambasady afgańskiej. W sumie obie taksówki kosztują nas 17000 riali. I tak nam się udało bo korki w Teheranie są ogromne i czasem szybciej jest na piechotę. W ambasadzie Afganistanu oddaję wnioski i pismo, po 2 zdjęcia i opłatę po 30$ od łebka. Normalnie czeka się 2 dni, ale udaje mi się uprosić urzędnika, abyśmy już jutro mogli odebrać nasze wizy. Zadowoleni odchodzimy. Teraz musimy poszukać noclegu, co nie jest takie proste, mamy bowiem namiot, a nie chcemy spać w hotelu. Chcemy spać w okolicach góry Tochal w północnym Teheranie. Najpierw jedziemy do Argentina Sq. (bilet 400 R), a stamtąd drugim autem do Tajrisch Sq. Tu jest mały bazar, gdzie kupujemy owoce i jemy chello kebab z pomidorem i papryką (13.500R). Stąd już minibusem (600R) na parking pod Tochal. Tu okazuje się, że nie ma odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu, a trochę wyżej gołe góry, bez kawałka cienia i brak wody, a żar leje się z nieba. Dookoła parkingu kilka budynków, otoczonych wprawdzie zielenią, lecz wszystko to tereny prywatne i w związku z tym ogrodzone. Myślimy nawet by wejść do jakiegoś domu, będącego w budowie, ale zdaje się, że robotnicy pracują dłużej i do pracy przychodzą bardzo wcześnie. Postanawiam zostać z bagażami, a Rafał idzie czegoś poszukać. Trwa to nawet długo, siedzę w cieniu, bo w słońcu jest pewnie i ze 40oC.

W końcu jest mały zagajnik, lecz na terenie prywatnej posesji. Postanawiamy jednak tam się rozbić. Jest nawet mały potoczek, w którym nareszcie możemy się umyć. Co jakiś czas kręcą się rożni ludzi, chyba nawet i Afgańczycy. Potem jakaś kobieta zwraca nam uwagę, że to teren prywatny, a poza tym jest niebezpiecznie, rzekomo kręcą się tu Afgańczycy zatrudnieni na budowach. Zaczynam się bać, kiedy przychodzi do nas inna kobieta i zaprasza na teren swojego domu. I ona twierdzi, że to niebezpieczne miejsce. Łapiemy namiot (ona i jeszcze 2 inne osoby pomagają nam) i przenosimy się. Jesteśmy jej wdzięczni, no i czujemy się bezpiecznie. Cala posesja przypomina mi "Tajemniczy ogród" . Jest też i pies, możemy wiec spać spokojnie. Następnego dnia budzimy się późno, późno tez usnęliśmy, psy szczekały całą noc, pewnie ktoś się kręcił w pobliżu. Na śniadanie jemy pomidory, budyń i popijamy herbatą. Gospodyni jest osoba ciekawska, przychodzi do nas i zadaje mnóstwo pytań. Na koniec daje mi spódnicę, którą potem wyrzucam .Jest ciężka i nie podoba mi się. Późnym przedpołudniem jedziemy autobusem do centrum i podróż trwa 2h. Jest to spowodowane ogromnymi korkami. W ambasadzie afgańskiej jesteśmy dużo wcześniej, lecz paszportów jeszcze nie ma. Musimy czekać. Czas skracamy sobie obserwując różnorodny tłum w ambasadzie. Oni też nam się przyglądają z zaciekawieniem, oprócz nas nie ma tu żadnych Europejczyków. Punktualnie o drugiej jest już nasza wiza i wreszcie możemy jechać. Jedziemy na gapę, nikt nie żąda od nas biletu (bilety oddaje się kierowcy, już po zakończonej jeździe). Jesteśmy głodni, ale w tym kraju ciężko jest znaleźć coś konkretnego do zjedzenia. Jest tylko abgush (rodzaj gulaszu), a ta potrawa wychodzi nam już bokiem. Wreszcie docieramy na dworzec (Janub Terminal). Jak zwykle jest tu mnóstwo ludzi, naganiaczy i rożnych sprzedających. Co chwilkę nas ktoś zaczepia i chce nam coś sprzedać. Autobus do Damghand wyjeżdża wyjątkowo punktualnie, bilety po 15 000R, wersja luksusowa, Volvo. Siedzimy na pierwszych siedzeniach i możemy dobrze śledzić drogę. Kierowca nawet częstuje nas herbatą. Autobus porusza się w żółwim tempie, korki, korki i jeszcze raz korki. Potem jest już autostrada i jedziemy z prędkością 80 km na godzinę. Co 30-40 km są punkty kontrolne, gdzie kierowcy oddają tachometr i maja sprawdzane dokumenty. Na miejsce przyjeżdżamy po 21ej, ale ponieważ nie ma tu dworca, wysiadamy w centrum. Pytamy, gdzie można rozbić namiot. W pobliżu jest park i kiedy kierujemy się w jego stronę, gaśnie światło w całym mieście. Koło nas robi się tłok, rzadko zaglądają tu turyści. Jakiś facet zaprasza nas na próg swojego domu, i chce poczęstować herbatą. Idzie do domu i po chwili (pewnie naradził się z żoną) zaprasza nas do siebie na noc. Jesteśmy zadowoleni, nie musimy rozkładać namiotu i jest się gdzie umyć. Żona szykuje poczęstunek: brzoskwinie, morele, ogórki i oczywiście herbatę. Są jeszcze 2 piękne córki, ale niestety nie mówią nic po angielsku, chociaż podobno się uczyły. Rozmowa na migi, za pomocą rozmówek jest standardowa. Nasz gospodarz jest fryzjerem i dumnie pokazuje swój salon na parterze domu. Późnym wieczorem jemy kolację: jajka na twardo, sadzone, pomidory, jogurt, chleb a do tego farsi-cola. Ja jak zawsze zajadam się jogurtem.

Dostajemy materace i czystą pościel, chociaż mamy śpiwory. Długo nie możemy zasnąć, dom stoi przy głównej ulicy, całą noc jeżdżą samochody.

Budzimy się wcześnie, gospodarze już jedzą śniadanie, słuchają głośno radia. O dalszym spaniu nie ma mowy. Zasiadamy do śniadania: ser i chleb i domowe ciasteczka. Potem gospodarz oprowadza nas w tempie zawrotnym po miasteczku. (60.000 mieszkańców).

Ponieważ nie ma tu dworca autobusowego, i nie wiadomo o której są autobusy do Mashadu, decydujemy się na pociąg. Idziemy do biura podróży, aby kupić bilety. Panienka przy komputerze nie może zrozumieć co chcemy (chociaż gospodarz jest z nami), potem pisze pół godziny dwa bilety na ekspres (25075R), ruszając się jak mucha w smole. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

Gospodarz na szczęście musi wrócić do salonu i możemy sami połazić po miasteczku. Trochę czasu spędzamy też w kawiarence internatowej. Niestety internet chodzi bardzo wolno, można się wściec. Wszyscy zwracają uwagę na moje gole stopy, nie wiem dlaczego, tutejsze kobiety też mają gołe. Może moje są inne. Na bazarze jest zatrzęsienie pistacji, ale to hurtownicy i nikt nie chce nam sprzedać nawet jednego kilograma.. Ktoś nawet wyprasza nas ze swojego sklepu. Potem wracamy po bagaże i jesteśmy jeszcze zaproszeni na obiad. Wołowina w sosie z soczewicą i papryka, frytki, rejhan (zielenina), sałatka z pomidorów i ogórków i jogurt. Oczywiście chleb. Potem jest sjesta, ale ja jak zwykle nie mogę zasnąć i robię notatki. Na podwieczorek jemy jeszcze melon, ogórki, czereśnie i morele. Ale już nie mamy miejsca. Po posiłku obowiązkowa herbata. Robimy kilka zdjęć i udajemy się na dworzec. Dopiero po 10 minutach bierzemy taksówkę, pod domem gospodarza chcieli 2000R a po 1 kilometrze już tylko 900R. Cwaniaki. Dworzec jest pusty, jest sklep w którym oprócz artykułów spożywczych można nabyć: lodówkę, pralkę, piec gazowy, dywan, odkurzacz, wideo, termosy, garnki, buty, koszule męskie, pastę do butów, żarówki i jakieś artykuły chemiczne. Pociąg spóźnia się 25 minut. Na szczęście są przedziały. Wraz z nami wsiada facet z synem mówiący po angielsku i młoda dziewczyna, która gdy widzi, jak się układamy do snu, jeden obok drugiego, jest zbulwersowana naszym zachowaniem i chce się przenieść do innego przedziału. Niestety nie znajduje miejsca wolnego, i musi się jakoś położyć w tym swoim czadorze i innych częściach garderoby. Oczywiście kładzie się po mojej prawej od strony okna. Niestety już o 3 nad ranem jesteśmy w Mashadzie. Na dworcu mnóstwo pielgrzymów. Są ławki i można dalej spać. Ja zostaję z bagażem, leżę na nim i śpię, a Rafał idzie zwiedzić sanktuarium Imama Rezy. Ja zwiedzałam go już w zeszłym roku.

Nie dane mi jednak pospać, ciągle ktoś mnie zaczepia i chce rozmawiać. Na dworcu mnóstwo policji, wszyscy są kontrolowani, zarówno wychodzący jak i wchodzący. Po powrocie Rafała idziemy na piechotę do centrum, jakieś 3 kilometry. Przed wyjazdem do Afganistanu chcemy jeszcze wejść do kawiarenki, jednak jeszcze jest nieczynna. Na ulicach różnokolorowy tłum, pełno naganiaczy, zachęcających do zrobienia zdjęcia na tle sanktuarium. Znowu stanowimy atrakcję, ale staramy się nie reagować. Po długich poszukiwaniach jedziemy na dworzec autobusowy, jest chyba największy w Iranie (300R). Od razu mamy autobus (7000R) jedziemy tylko 3 godziny, przez pustynię, w dali majaczą łyse i puste góry. W Torbat e Jam (5000R) od razu ktoś ładuje nas do taksówki, zmierzającej do Teybad do granicy. Cena jest śmiesznie niska, ale potem się okaże, że to kierowca źle zrozumiał. Jołop, powinien się chociaż nauczyć liczebników po angielsku. W Teybad wszystkie sklepy już zamknięte, czas sjesty, lecz udaje nam się jeszcze dostać chleb i ohydny zam zam (oranżada) i do tego ciepły, ale coś musimy się napić. Tutaj okazuje się, że do granicy jest jeszcze 11 km i kierowca godzi się nas podwieźć. Znowu cena, którą podaje jest niska, ale nic się nie odzywamy. Dookoła pustynia, gdzieniegdzie kępy traw. Na granicy jest przeprawa z kierowcą, co było do przewidzenia. On chciał 50000R a nie 5000R. Wokoło robi się od razu tłum, wszyscy ciekawi o co chodzi, nawet ktoś mówi po angielsku i tłumaczymy mu, ale to nawet szkoda czasu. Dajemy mu jeszcze 9500A, bo tyle mamy w drobnych i odchodzimy.

Na granicy irańskiej nie ma żadnych ludzi, szybko załatwiamy formalności, po afgańskiej też miła atmosfera, zostajemy wpisani do książki, dostajemy stempel obok wizy i już możemy iść. Od razu dopadają nas cinkciarze i taksówkarze, a gdy wyciągam aparat fotograficzny to równo się ustawiają, chętni do pozowania. Oczywiście sami mężczyźni. Są wśród nich takie chodzące kantory. Wymieniamy na początek 50$ i dostajemy 2350 Afganów (1$ = 47A). Tutaj to fura pieniędzy. Teraz szukamy transportu do Heratu (200 km). Oczywiście otacza nas od razu tłum mężczyzn, wszyscy chcą nas zawieźć, a gdy wyciągam aparat fotograficzny, jest ich jeszcze więcej. Chętnie się fotografują. Lecz cena jaką proponują jest dla nas za duża (500A). Wielu z nich o dziwo mówi po angielsku. Sytuację tę wykorzystuje starszy facet i oferuje nam miejsca w swoim samochodzie (Toyota, bus) za 200A od osoby. Jest to cena normalna, również dla miejscowych (wcześniej zdobyliśmy ta informacje). Auto jest prawie nowe, kierownica po prawej stronie. Za kierownicę siada młody chłopak. Jakoś nie mam do niego zaufania. Oprócz nas jest jeszcze dwoje pasażerów. Właściciel każe mi usiąść z tyłu, ale się nie godzę. Tam siedzenie jest wąskie. W końcu płacę tyle samo co pozostali. Droga jest szutrowa, asfaltu brak.

Ruch jest spory, dużo ciężarówek, samochodów osobowych. Jedziemy przez pustynię. Wszechobecny wiatr i piasek zmuszają ludzi do owijania głowy chustką. Robimy to samo, inaczej nie da się oddychać. Po drodze mijamy sklepy, dziury zrobione z wszystkich możliwych odpadów, dzieciaki próbujące coś sprzedać. Wszyscy chcą zarobić. W dali majaczą łyse góry przysłonięte mgłą. Gdzieniegdzie widać wsie, domy z gliny i tylko stada kóz. Każda wieś ma swoją , i przy niej spotykają się kobiety. Równolegle do drogi którą jedziemy jest budowana droga asfaltowa. Sprzęt jest nowoczesny i można zauważyć, ze prace posuwają się bardzo szybko. Czasem mijamy obóz UN. To daje nam poczucie bezpieczeństwa. Nagle na skutek zbyt szybkiej jazdy wpadamy w poślizg, o mały włos nie lądujemy na dachu. Ten kierowca nie ma wyobraźni, od początku nie wierzyłam w niego. W końcu docieramy do Heratu. Widok miasta przypomina mi Indie, jednak wiejący wiatr i wszechobecny piasek zmienia miasto, które wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. Ciężko jest oddychać. Momentami mam uczucie, jakbyśmy się przenieśli do średniowiecz. Ktoś prowadzi nas do hotelu (2 zł), lecz tu nie ma nawet toalety. Z pokoi, które są pootwierane wyglądają zaciekawieni Afgańczycy. Dowiadujemy się, że to nie dla nas i że obok jest inny hotel. Faktycznie, ten drugi i ponoć jedyny dla "białych turystów" jest schludny i kosztuje 150A czyli półtorej dolara za osobę. Nie ma łazienki, ale dla nas to żaden problem, robimy sobie mandi (polewamy się wodą z plastikowego naczynia w toalecie). I tak zaraz po wyjściu jestem spocona jak przysłowiowa mysz kościelna. Poznajemy tu grupę studentów i ich profesora, którzy jadą do Kabulu, pomagać przy odbudowie. Są Afgańczykami, jednak urodzonymi w Iranie. Mówią doskonale po angielsku. Przejęci swoją misją, doradzają nam lot, twierdząc, że droga lądowa jest niebezpieczna. Samolot kosztuje 50$. Jednak my chcemy mimo tego jechać lądem. Do późnej nocy rozmawiamy o problemach tego kraju. Hotel jest pełen, lecz nie ma oprócz mnie żadnej kobiety.

Noc jest koszmarna, jest tak duszno, że śpimy prawie nago. Nie możemy ryzykować otwarcia drzwi. Chociaż wieje wiatr, temperatura sięga grubo powyżej 40 C. Rano z poznanymi wczoraj Irańczykami idziemy zwiedzać miasto. Miasto, ważny punkt na szlaku jedwabnym i jedno z najpiękniejszych miast starożytnych, centrum handlowe. Ulice i sklepy przypominają mi Indie sprzed wielu lat. Ludzie bardzo życzliwi, i chętnie udzielają nam informacji. Wygląda na to, że nie ma się czego obawiać. Na ulicach brud, brak asfaltu i po każdym pojeździe unoszą się tumany piasku i kurzu. Zwiedzamy fortecę, która jest w dużym stopniu zniszczona. W zasadzie jest nieczynna, lecz profesor załatwia "wejście". W środku są posterunki wojskowe. Jeden z żołnierzy cały czas nam towarzyszy. Pomimo zakazu fotografowania, udaje nam się zrobić parę ujęć, a szczególnie panoramę miasta. Wychodząc zostawiamy mały napiwek. Brakuje mi przewodnika (książki) , nie jestem w ogóle przygotowana do zwiedzania. Po południu oglądamy Masjed e Jame, który jest w centrum miasta, na szczęście nie został zniszczony. Rafał postanawia kupić sobie khali czyli taki strój, jaki noszą tu wszyscy faceci, coś w rodzaju piżamy. Jest to bardzo wygodne i przewiewne. Przymierza kilka, i wybiera kolor niebieski. Oczywiście towarzyszy nam tłum i wszyscy z zainteresowaniem oglądają nasze poczynania. Koszt stroju 500A, Rafał się nie targuje. Potem zwiedzamy ruiny Musalla, grupę budynków z 6 minaretami. Jest tam mauzoleum synowej Tamerlana, obecnie rekonstruowane przez UN.

Teraz chcemy poszukać kafejki internetowej. Dwóch młodych chłopców zabiera nas do swojego samochodu. Rzekomo wiedzą, gdzie się znajduje. Niestety krążymy po mieście, pytamy, ale nikt nie wie. Potem zapraszają nas do siebie do domu. Dom taki jak w Iranie i scenariusz rozmowy też ten sam. Częstują na zieloną herbatą, owocami i cukierkami. Chodzą na kurs angielskiego, więc nie ma bariery językowej. Do pokoju wchodzi kilku kolegów i robimy jak zawsze zdjęcie. Obiecuję przysłać, ale poczta podobno jeszcze nie działa. Chłopcy proponują nam wycieczkę za miasto do parku Takh e Safir, gdzie przyjeżdżają całe rodziny, też na piknik. Jest tu faktycznie mnóstwo ludzi. Chłopak prowadzi nas w bardzo szybkim tempie, ciągle spotyka znajomych i przedstawia nas. Powoli męczy nas to i chcemy się uwolnić, ale nie ma o tym mowy. Chodzimy w kółko. Tłumaczę mu, że już późno i musimy wracać do hotelu. Chcemy nawet wziąć taksówkę, ale nie pozwalają nam. Trochę się obawiam, czy czegoś nie planują. W końcu obiecuje nas odwieźć do hotelu, jednak cały czas namawia nas na nocleg w jego domu. Z powrotem jedziemy inną drogą, ale w końcu lądujemy pod hotelem. Jest już zamknięty, musimy się dobijać. Recepcjonista faktycznie już martwił się, bo nie zostawiliśmy żadnej informacji. Wiadomo, że w tym kraju trzeba uważać. Znajomi z Iranu też się o nas martwili. Zobaczyli na drzwiach od pokoju kłódkę, i sądzili, że coś się stało. Rano już szum w hotelu, dużo osób wyjeżdża. Na śniadanie jemy brzoskwinie, herbaty już nie pijemy, szkoda czasu. Lecimy na dworzec, lecz autobusy tu stojące nie jadą w naszym kierunku. Ktoś informuje nas, że musimy jechać na drugi koniec miasta, na inny dworzec. Jedziemy tam taksówką (50A). Od razu zostajemy załadowani do samochodu (600A) z tyłu jest nas trójka, z przodu 2 osoby, i jeszcze jedna w bagażniku. Nasze plecaki są tam ukurzone, jakby się walały w cemencie. Wyjeżdżamy przed ósmą. Droga jest pełna dziur, fatalna. Wyprzedzamy ciężarówki z Niemiec i Austrii. Mają podwójne rejestracje. Podobno jest to dar od Indii i Iranu. W niektórych miejscach droga i mosty są pozrywane, musimy wtedy jechać okrężną drogą. Spotykamy punkty kontrolne. Brodaci mężczyźni z kał achami, w mundurach. Mają do dyspozycji namioty i łóżka. Pewnie pracują na okrągło. Jest duszno i gorąco, nie ma czym oddychać, a woda w butelce przypomina zupę. Widzimy zerwane mosty. Wzdłuż drogi pasą się stada owiec z tyłkami pomalowanymi na czerwono. Około 13 tej zatrzymujemy się na posiłek. Pasażerowie udają się najpierw na modlitwę, myją się, ale dla mnie nie ma możliwości załatwienia się. Wszystko przewidziane dla mężczyzn. Jednak pęcherz nie wytrzymuje i musze sobie jakoś poradzić. Trudno jest się oddalić samemu, bowiem wiele par oczu śledzi moje poczynania. Ale jakoś za budynkiem udaje mi się wypróżnić. W "restauracji" oczywiście je się na ziemi. Dzieci, niby kelnerzy biegają po stole czyli ceracie. Nawet nie chce widzieć ich stóp, i roznoszą chleb i ryż. Wszyscy jedzą to samo wyboru nie ma:1 kartofel, ciecierzyca, mięso w sosie i ayran. Ja jak zwykle zajadam się ayranem. Zdaje sobie sprawę ile w nim bakterii, co mi tam rozwolnienie. Dzieci cały czas coś donoszą. I oczywiście obserwują nas nieustannie. Nie często zaglądają tu teraz turyści. Potem znowu jedziemy przez pustynię i góry. Na nocleg zatrzymujemy się w Ghazni, położonym na drodze handlowej miedzy Kandaharen a Kabulem.

Pomimo dużej wysokości, 2225 m n.p.m. jest nam gorąco, jesteśmy spoceni, lecz nie ma warunków, aby się umyć. Noc nie przynosi specjalnej ochłody. Wieczorem szukam toalety, (nie ma takiej w tym zajeździe) i oddalam się nieco od budynku. Zostaje napadnięta przez 2 młodych facetów, ale udaje mi się wyrwać. Nie zdawałam sobie sprawy, ze tu jest tak niebezpiecznie. Wracam zdenerwowana do hotelu. Miałam szczęści, ze to się tak skończyło.

Wcześnie rano, już o 6 jest pobudka. Bez śniadania siadamy do taksówki. Jedziemy tylko około 5 godzin. Całą drogę przesypiamy. Na dworcu w Kabulu bierzemy taksówkę (100A, a chciał 250A) i jedziemy do centrum miasta, skąd odchodzą taksówki do parku narodowego Bande Amir. Tu okazuje się, że jest już późno i wszystkie samochody odjechały wcześnie rano. Tego nie przewidzieliśmy. Ktoś proponuje nam przejazd za 3500A, ale suma ta jest nie do przyjęcia. To 75$. Mamy jednak szczęście. Jest jeszcze jedna taksówka, która właśnie czeka na komplet pasażerów i my go dopełniamy. Cena: 300A na osobę. Obok postoju jest stragan z sambuse czyli coś w rodzaju złożonego naleśnika nadzianego farszem z ziemniaków z przyprawami. Bardzo mi to smakuje, zwłaszcza, że nie jedliśmy nic na śniadanie. Rafał się nie najada, nie lubi ostrych przypraw, w przeciwieństwie do mnie. Podroż ma trwać 5 godzin, najpierw do Bamyan. Sam wyjazd z miasta trwa ponad godzinę. Na drodze spory ruch, mnóstwo aut, ciężarówek. Wokoło zgliszcza, ale ludzie pracują przy ich odbudowie. Handel też kwitnie. Czasem mijamy czołgi, nie wiadomo czy to z ostatniej wojny, czy z poprzedniej.

Widać dzieci spieszące do szkół (jest ich dużo). Te szkoły to projekty zagraniczne.

Centrum składa się z budynków jednopiętrowych, częściowo zniszczonych. Na obrzeżach domy parterowe, wtapiające się w zbocza łysych gór. Gdzieniegdzie są już asfaltowe ulice, widać, ze ludzie pracują przy odbudowie swojego kraju. Po około 60 kilometrach zjeżdżamy w lewo na drogę szutrową. Teraz droga prowadzi już przez góry i pnie się coraz wyżej. Upał i pył wdzierają się do samochodu. Kierowca wcale nie szanuje samochodu, wydaje się, ze za chwile urwie się miska olejowa. W południe zatrzymujemy się w jakiejś dziurze na obiad. Ale wszyscy wylegają na drogę obejrzeć nas. Zamawiamy tylko jedno danie, ja nie jestem głodna: baranina z fasola, chleb i dymka. Koszt: 50A. Rafał jest niepocieszony, nie ma bowiem ryżu.

Pijemy zielona herbatę i robimy zdjęcia. Potem jedziemy jeszcze godzinę, mijając po drodze fortece na skale, pozostałości królestwa ZAHR sprzed 4000 lat. Widok jest niesamowity. W Bamyan wydaje się, ze wszyscy mówią po angielsku (tu przyjeżdża większość turystów odwiedzających Afganistan). Zwane jest tez sercem Afganistanu, leży na wysokości 2500 m n.p.m. nad rzeka o tej samej nazwie, u podnóża masywu Baba w górach Hindukusz. Tu chcemy zatrzymać się na nocleg, idziemy więc w stronę rzeki. Spotykamy kilku chłopców, którzy wracają z kursu angielskiego. Rafał źle się czuje, jest mu słabo, wiec proszę ich by nieśli jego bagaż, co czynią z wielką ochotą. Jest mu słabo i co chwile przystaje, mam nadzieję, że to nic poważnego. Nad rzeką ktoś mówi nam, że to niebezpieczne i nie powinniśmy tutaj rozbijać namiotu. Jeden z chłopców proponuje nam nocleg u siebie w domu. Niby, ze to jest blisko, ale idziemy prawie pół godziny na wzgórze górujące nad miastem, gdzie mieści się jego dom. Naprzeciw wybiegają nam jak zwykle dzieci, zamieszkujące ten jeden dom. Jest ich chyba około 30, z 5 rodzin mieszkających wspólnie. Namiot rozbijamy na środku podwórza, całe rodziny asystują nam przy wyjmowaniu bagażu, myciu się itd. Nie można się przy nich umyć, jest tylko jakby kawałek strumyka, skąd biorą wodę do picia, gotowania i mycia się. Dopiero w nocy, kiedy wszyscy już śpią mogę się spokojnie umyć. Toaleta jest na wysokości pierwszego pietra, ale i tam towarzysza mi dzieciaki. W nocy pada deszcz, można by dłużej pospać, ale w domostwach zaczyna się już o świcie ruch. Postanawiamy zostawić część rzeczy, a zabrać do Bande Amir tylko te najpotrzebniejsze. Jeden z chłopców umawia nas ze swoim wujkiem, który ma nas zawieźć za 1500A (o 700 taniej niż inne taksówki) do parku narodowego. Wydaje nam się to cos za tanio. Nie ma czasu nawet, by cos zjeść, biegniemy na dół. Musimy jednak jeszcze trochę poczekać. Kierowca nawet nie chce słyszeć o tej cenie, to za mało. Żegnamy się z chłopakami i idziemy na drogę, żeby złapać jakiegoś stopa. Wszyscy twierdzą, że nie ma takiej możliwości, ja w to nie wierzę. Tam gdzie są ludzie i drogi, zawsze musi cos jechać. Mamy czas.

Idziemy drogą, która biegnie wzdłuż skał, pełnych jaskiń, nisz i grot, zamieszkałych kiedyś przez mnichów, a i teraz niektóre z nich są zamieszkałe. Widać tez, te gdzie były posagi Buddy (38m i 55m). Tu było ważne miejsce dla karawan zdążających z Azji Centralnej do Północno-Zachodnich Indii. Po pół godzinie zatrzymuje się mini-bus, pełno Pusztunów z dziećmi. Rafał włazi na dach a ja do środka, jest ciasno ale ważne, że jedziemy i to za jedyne 400A za 2 osoby. Siedzę ściśnięta między wymiotującymi dzieciakami, każde trzyma plastikowa torebkę w ręku. Za oknem są wspaniałe widoki, lecz nie ma możliwości robienia zdjęć. Krajobrazy przypominają mi Tybet lub Maroko. Po 5 godzinach jesteśmy na miejscu. Nad brzegiem jeziora jest kilka herbaciarni i ruiny meczetu. Kilku wyrostków oferuje swoje usługi. Zastanawiamy się gdzie rozbić namiot i spostrzegamy jakieś namioty. Myślę, że to jakaś baza, więc pewnie będzie można na ich terenie zanocować, tak będzie bezpieczniej. Okazuje się, że to obóz saperów (rozminowywują teren), mają wolny namiot i zapraszają nas do siebie. Jesteśmy uradowani. Po raz pierwszy od początku podroży będziemy spali na łóżkach. Nawet jest służący, który nas będzie obsługiwał. Dowódca (Pakistańczyk z Peszawaru) zaprasza nas zaraz do swojego namiotu, mówi trochę po angielsku, ale jest jego zastępca mówiący dużo lepiej. Jemy kolacje: ryba, frytki, chleb i herbata. Oglądamy tez filmy i słuchamy muzyki z DVD (prąd zasilany z samochodu). W jednym z namiotów jest "łazienka", służący nosi nam gorącą wodę. Wieczór jest zimny, jesteśmy na wysokości 3000m. Oprócz śpiworów mamy na szczęście jeszcze koce. Budzę się przed 6tą, w obozie jeszcze cisza. Cała załoga już wraz z psami jest w terenie. Uzupełniam notatki. Koło ósmej wchodzi służący i prowadzi nas do dowódcy na śniadanie. Przypomina mi ono moje dzieciństwo, też często jadłam chleb ze śmietaną, a do tego nieodłączna herbata. Zastępca dowódcy, Khalid idzie z nami w góry. Robimy zdjęcia, kąpię się i podziwiamy widoki górskie. Jest strasznie gorąco, ale woda bardzo zimna, wręcz lodowata, lecz mimo tego kapię się. Spotykamy też pasażerów z mini-busa, pozwalają sobie zrobić zdjęcie. Są bajecznie kolorowo ubrani. Mieszkają w okolicznych wioskach. Wraz z zachodzącym słońcem zmieniają się kolory gór, lecz aparat nie jest w stanie tego utrwalić. Pod wieczór robi się chłodno, schodzimy do obozu. Ponieważ dowództwo ma jakąś kontrole, dostajemy kolację do namiotu: ryż, ziemniaki w sosie, chleb i herbata. Mamy rozwolnienie i sądzimy, że po zażyciu leków nam przejdzie. Między namiotami stoi jeep. Okazuje się, że mamy transport na następny dzień bezpośrednio do Kabulu, więc się decydujemy. Taka okazja może nam się nie trafić opuszczać góry, ale jeszcze tyle drogi przed nami.

Pobudka już o 4 tej rano, w pośpiechu przy gazowej lampie pakujemy się. O śniadaniu nie ma nawet mowy. Ale z kolacji został nam ryż (w woreczku), zjemy go w drodze. Będą też dzieci sprzedające morele, wiec z głodu nie pomrzemy. Toyota z napędem na 4 koła jest nowiutka. Kierowca nie zna angielskiego. Pomimo wertepów jedzie szybko, nie dbając o samochód. Już po 2 godzinach jesteśmy w Bamyan . Umawiamy się z kierowca za godzinę i biegniemy po bagaż. On w tym czasie ma załadować drzewo, które potem sprzeda w Kabulu. Gospodarze są nieco zdziwieni, lecz tłumaczymy im powód naszego pośpiechu. Częstują nas jeszcze herbatą. Biegiem na dół, kierowca już czeka. Po drodze dzieciaki z miseczkami pełnymi moreli, kierowca kupuje i się objadamy. Są pyszne. Świeże i pachnące. Buzie dzieci uśmiechnięte, radosne. Wkładają głowy do samochodu, są ciekawskie. W niektórych wsiach poprawiają drogę, ale nasz kierowca jedzie jak na złamanie karku. Nagle, chcąc poprawić leżąca na siedzeniu chustkę, wpadamy w rów. Truchleję, bo to nowiutkie auto, a to ja chciałam ta chustkę wyciągnąć. Odrapany jest cały bok, wgniecione błotniki. Kierowca bardzo się zdenerwował. A ja jestem na siebie wściekła. Po drodze proszę go, aby się zatrzymał celem robienia zdjęć. Po drodze zatrzymujemy się w jakiejś restauracji, właściciel prowadzi nas do "separee", od tyłu restauracji. Właściwie to nie wiem po co. On je obiad, a my tylko pijemy herbatę. Zaplecze hotelu przypomina wysypisko śmieci, a toaleta jest straszna, lecz i tak nie mamy wyjścia.

W Kabulu zajeżdżamy na bazar, gdzie pozbywa się drzewa, a potem zawozi nas do centrum. Okazuje się, że chce abyśmy się dołożyli na naprawę auta. Na szczęście w tłumie, który natychmiast nas otacza, jest ktoś mówiący po angielsku. Podobno on ma pokryć naprawę, a jest biedny. Trochę w to nie wierzę, lecz daje mu 20$, mam cały czas wyrzuty sumienia, że to z mojego powodu. Tłum powiększa się, musimy uważać na bagaż, ale po chwili zjawia się policjant i przegania gapiów. Żegnamy się i idziemy na poszukiwanie kafejki internetowej. Każdy mówi nam co innego, w końcu w sklepie jubilerskim właściciel pisze nam na kartce i bierzemy taksówkę (30A). Mimo tego wysiadamy za wcześnie i idziemy jeszcze ok. 2 km z całym bagażem. Po drodze jest uliczka pełna sklepów z pamiątkami dla turystów. Właściciele i sprzedawcy zachęcają nas do wejścia do środka, ale nie mamy czasu. W końcu jest kawiarenka, internet szybko chodzi, ale jest drogi (3$). Spędzamy tu prawie 2 godziny.

Rafał dostaje wiadomość z domu, że będzie musiał wcześniej wrócić do Polski, w związku z czym musimy zwiększyć tempo. Nie jestem z tego zadowolona, ale wiadomo, że tu sama nie mogę zostać. Postanawiamy jeszcze dzisiaj dostać się do Jalalabadu. Wsiadamy do taksówki (50A) i jedziemy na odpowiedni dworzec. Tu znowu czeka nas przepychanka z kierowcami. Chcą 1200A od osoby. Mini-busów już o tej porze nie ma, jest późno. W końcu jeden z kierowców godzi się zawieźć nas za 600A, po 300 od osoby. Do samochodu wsiada jeszcze jeden pasażer. Ktoś jeszcze ostrzega nas przed kierowcą. Daje Rafałowi nóż, a ja trzymam w ręku spraj na owady, tak na wszelki wypadek. Po tym co wydarzyło się w Ghazni, jestem już ostrożniejsza. Najpierw jedziemy przez góry (2000m) po drodze mnóstwo wojska (nawet niemieckie) i punktów kontrolnych. Szosa miejscami jest szutrowa, a miejscami są resztki asfaltu. Ten kierowca też jedzie szybko, daję mu znać by zwolnił. Zakręty są wprost nad przepaściami na przemian, przez pustynie i góry. Kurz jest wszędzie. Szybko ściemnia się. Pasażer obok kierowcy zasypia, więc trochę się uspokajam. W pewnym momencie zatrzymuje nas młody żołnierz z kałachem, już myślę, ze to jakaś zmowa (moja wyobraźnia działa) i jedzie z nami jakiś kawałek, po czym wysiada. Mogę odetchnąć. Po 9 tej przyjeżdżamy na miejsce.

Idziemy na poszukiwanie jakiegoś miejsca nadającego się do rozbicia namiotu. Zauważamy idących za nami 2 młodych facetów, coś pokazują i tłumaczą, ale ich nie rozumiemy. Sądzimy, że chcą nam pokazać miejsce nadające się na biwak. Potem znikają. Znajdujemy park, duży z mnóstwem drzew, krzaków. Nie mamy wody, ale jakoś się do rana obejdziemy. Kładziemy namiot, ale już go nie stawiamy. Jesteśmy zmęczeni, mamy rozstrój żołądka i jest strasznie duszno. Do tego komary i ujadanie psów. O spaniu nie mam mowy. Nagle szczekanie psów jest donośniejsze i zauważamy w pobliżu namiotu tych samych facetów, których spotkaliśmy poprzednio. Zrywamy się na równe nogi, zakładamy plecaki, ja mam też podręczny, więc mam go z przodu. Zaczyna się szarpanina, napastnik przewraca mnie, ale mimo tych bagaży udaje mi się stanąć na nogi. Próbuje wyrwać mi ten mały plecak, ale mu się nie udaje. Pewnie sądzi, że są tam pieniądze. Rafał wyjmuje nóż i wtedy oni uciekają. Zbieramy namiot i wychodzimy z parku, idąc przy murze i rozglądając się, czy zza krzaków nie wyskoczą nasi napastnicy. Jestem zdenerwowana, brudna. Idziemy do hotelu, nikt nam nie otwiera. Dopiero naprzeciwko w hotelu "Khalid Modern Guest House" udaje nam się dobudzić właściciela. Hotel jest obskurny, ale jest nam to obojętne. Musimy zapłacić po 5$. Płatne od razu. Mamy łazienkę w pokoju, rozwieszam sznurek i możemy uprać nasze rzeczy. Jeszcze długo nie możemy zasnąć. Dobrze, że tak się skończyło. Rano budzi mnie szum z ulicy, hotel jest przy głównej ulicy przelotowej. A do tego jeszcze AC, który też chodzi bardzo głośno, ale dzięki klimatyzacji wyschło nam pranie. Mogę znowu wejść pod prysznic, nie wiadomo kiedy znowu będzie to możliwe. Lecz już po wyjściu jestem spocona. Wyrzucamy trochę ciuchów, mamy za ciężkie plecaki. Riksza motorowa za 30 A jedziemy na dworzec, skąd bierzemy taksówkę do granicy. 50 A od osoby, oprócz nas jedzie jeszcze pięć osób. Po drodze mnóstwo cmentarzy, check pointow (punktów kontrolnych), wojsk. Jedziemy przez przełęcz Kyber, trochę przez pustynię. Podjeżdżamy na granicę, ruch tu spory. Jakiś młody Afgańczyk chce się dostać do Pakistanu i udaje mojego tragarza. Oddaję mu mój plecak, lecz nie spuszczam go z oczu. Pogranicznicy bardzo sympatyczni, częstują nas herbatą, przynoszą wodę do toalety i pozwalają mi zrobić zdjęcie.

Podchodzimy do bramy. Zostajemy wpuszczeni na teren Pakistanu, lecz mojemu tragarzowi nie udaje się, przecież nie ma paszportu. Żołnierze pakistańscy biją Afgańczyków, którzy chcą się przedostać do sąsiadów.

I to jest koniec podróży po Afganistanie, żałuję że była taka krótka, lecz mam nadzieję, że uda mi się jeszcze tam pojechać.

Więcej z Azji