Relacja z wyprawy Kocioł Bałkański 2006/2007
* 2006 - Grecja (Korfu/Kerkyra), Albania, Chorwacja, Kosowo
* 2007 - Grecja (Zakynthos), Albania, Chorwacja, Macedonia + Włochy
Półwysep Bałkański, popularnie zwany Bałkanami, można albo kochać, albo nienawidzić. Najczęściej decyduje o tym pierwszy pobyt. Ja, będąc w tym rejonie Europy już po raz dziesiąty, zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Wszystko zaczęło się w 1997 roku wyjazdem w ciemno do Chorwacji. Tam, przypadkowo poznana rodzina, stała się celem letnich wakacji przez najbliższe siedem lat. Wówczas chcieliśmy odwiedzić również Czarnogórę (ówczesną Jugosławię). Niestety - animozje pomiędzy obydwoma krajami zaznaczone przez zasieki i pola minowe - pozostałości z tragicznej wojny w byłej Jugosławii - oznaczało brak możliwości wjazdu do tego kraju. Dopiero w 2000 r. udało się nam tam dostać. Atmosfera grozy, niepewności towarzyszyła nam podczas jednodniowej wycieczki po Czarnogórze. Nigdy nie spodziewalibyśmy się, że zaledwie cztery lata wystarczą na kompletną zmianę wizerunku tego kraju. Właśnie w 2004 r. w Czarnogórze spędziliśmy wakacje. W tym samym roku kilkugodzinnym pobytem w Shkodrze zaliczona została Albania. Rok 2005 minął pod znakiem rozłąki z Adriatykiem. Wówczas naszym celem było Morze Czarne, czyli Rumunia wraz z Bułgarią. Kraje niezwykłych kontrastów, sprzeczności i zarazem niczym nietkniętego piękna przyrody. Rok 2006 i 2007 upłynął pod znakiem penetracji Grecji, ale przede wszystkim - wizyty w Kosowie, Albanii i Macedonii.
Tak właśnie w pigułce wyglądają nasze doświadczenia z Bałkanami. Dwa lata temu opisałem wyprawę do Rumunii i Bułgarii. Niestety w zeszłym roku z uwagi na brak czasu, opis wakacji nie ukazał się. Teraz starałem się to naprawić, opisując zeszłoroczny wyjazd dopiero teraz. Z uwagi, iż spora część trasy pokrywała się z ubiegłoroczną, postanowiłem połączyć obie relacje i w ten sposób powstał ciekawy opis-konglomerat Bałkanów na przestrzeni dwóch lat. Obie relacje maja swoje specyficzne cechy, dlatego gorąco zachęcam do przeczytania całości. Dopiero wówczas będę miał pewność, że przekazałem Wam to, co zamierzałem.
WAKACJE 2006
Na początek wyjaśnijmy, jak wyglądała wyprawa. Jadąc przez Słowację, Węgry i Serbię zdecydowaliśmy zawitać do Kosowa, a w dniu następnym dojechać do Igoumenitsy, a później za pośrednictwem promu dotrzeć do Korfu (Kerkyra), gdzie zaplanowaliśmy ponad tygodniowy pobyt. Później, jadąc przez Albanię i Czarnogórę, dotrzeć do Dubrownika na kolejny tydzień wakacji.
Jeśli chodzi o wybór trasy, to tutaj nie było problemu. Z uwagi, że nigdzie się nam nie spieszyło, postanowiliśmy wybrać wariant możliwie "nie-autostradowy". Mieszkając w Chorzowie, oznaczało to przejazd przez przejście graniczne w Chyżnem, następnie kontynuacja drogą E77 przez Banską Bystricę, Zvolen i dojazd do przejścia granicznego z Węgrami w miejscowości Šachy. Tutaj zdecydowanie polecam wstąpić na pyszny i tani obiad w knajpce o nazwie BIETA. Z uwagi na dosyć skomplikowany dojazd, zapytajmy o pomoc miejscowych. Po przekroczeniu granicy zdecydowaliśmy się na nocne zwiedzanie stolicy Węgier - Budapesztu. Daruję sobie publikować w tym miejscu opis tej nocnej wycieczki, gdyż powstałaby kolejna obszerna relacja, a nie o to przecież tutaj chodzi. Niewątpliwie jednak Budapeszt jest przepięknym miastem, a co za tym idzie jeden nocny spacer to stanowczo za mało, aby zwiedzić wszystko to, co najważniejsze i najbardziej interesujące. Po nocnych zakupach w Tesco (patrz: salami) ruszyliśmy już autostradą w kierunku Szegedu (Segedynu jak kto woli). Dopiero w okolicy granicy z Serbią zatrzymaliśmy, aby nieco odpocząć. Po 4-5 godzinach snu (w samochodzie), tj. ok. 6-7 rano wjechaliśmy do Serbii. Tutaj pora na dwa wyjaśnienia - autostrada węgierska jest już całkowicie gotowa, tzn. od granicy słowackiej aż do granicy z Serbią mkniemy nową drogą o świetnej nawierzchni. 10 dniowa winietka kosztuje 1460 forintów (ok. 5,50 euro). Autostrada serbska to takiej sobie jakości tłoczna droga tranzytowa północ-południe. Przejazd jest oczywiście płatny (na bramkach) i wynosi w sumie prawie 100 zł (5+5+13+3 euro). Nie ma absolutnie żadnej potrzeby wymiany pieniędzy, gdyż opłaty w euro są równe stawce w dinarach.
Po pokonaniu ok. 400 km, czyli w okoliach Nišu, mieliśmy zaplanowany nocleg. Wyobraźcie sobie, że udało nam się go wstępnie zarezerwować drogą internetową! Ale co to była za rezerwacja…Mniej więcej 2 tygodnie przed wyjazdem znalazłem stronę WWW Nišu, a tam zakładkę zakwaterowanie. Po krótkiej wymianie korespondencji z biurem turystycznym o nazwie "Take Off Putnik" okazało się, że jest dostępny nocleg za 45 euro w leżącym nieopodal Nišu uzdrowisku o wdzięcznej nazwie Niška Banja. Pani "zaklepała" nam pokój i niby na tym powinno się skończyć. Jednak po dwóch tygodniach, czyli dzień przez naszym planowanym wyjazdem, pani Dijanie przypomniało się, że potrzebny jest, jak to określiła: "money guarantie". Depozyt dla 45 euro… Głupota jak nie wiem... Oczywiście nie zgodziliśmy się na to i tym sposobem rezerwacja raczej nie została doprowadzona do końca. Nie możecie sobie wyobrazić, jakie było zdziwienie tej pani, kiedy jednak zobaczyła nas osobiście w siedzibie biura podróży w Nišu. Z ironią spytałem, czy teraz również jest potrzebne money guarantie. Pani Dijana była niezwykle zdumiona i natychmiast przeprosiła za niedogodności, tłumacząc się oczywiście odgórnie narzuconymi procedurami. Na szczęście nikomu nie zachciało się rezerwować naszego wstępnie zaklepanego pokoju, także nocleg spędziliśmy właśnie w Niškiej Banji.
Jednak z uwagi, iż w Nišu byliśmy ok. godz 14, postanowiliśmy w tej sytuacji wybrać się na kilkugodzinną wycieczkę do…Kosowa. W tym celu, udaliśmy się przez Kuršumliję w stronę Prištiny. Nauczeni doświadczeniami z lat poprzednich, byliśmy uświadomieni, że wjazd na terytorium Kosowa jest płatny i kosztuje 50 euro (opłatę tę można nazwać kosowską zieloną kartą ważną 30 dni). Jako dowód otrzymujemy pamiątkowy świstek papieru (notabene wygląda jak dyplom). Celnicy i żołnierze KFOR z niemałym zdziwieniem patrzyli na nasz samochód, rejestrację, ale przede wszystkim na umieszczony na dachu rower. Pewnie zadawali sobie pytanie: "Na cholerę oni tu jadą???"
Dla niewtajemniczonych - Kosowo jest jak na razie regionem autonomicznym Serbii pod kontrolą ONZ, co oznacza korupcję na niewyobrażalną wręcz skalę. Sednem problemu jest fakt, iż ponad 90% mieszkańców Kosowa to Albańczycy, zaś pozostałe 10% to Serbowie oraz inne mniejszości narodowe. Dla Serbów Kosowo jest kolebką ich państwowości. Tylko w tym regionie mamy możliwość podziwiania przepięknych starych monastyrów. Właśnie to jest zarzewiem konfliktu. Kosowscy Albańczycy chcieliby niepodległości, zaś Serbowie za nic w świecie nie pogodzą się z secesją historycznej krainy Serbii.
Nie wchodząc jednak w zawiłości historyczno-polityczne, warto zwrócić uwagę na niewiarygodną wręcz przedsiębiorczość mieszkańców Kosowa. Praktycznie każdy czymś handlował, co krok istniała możliwość zakupu jakiejś przekąski, np. kebaba, burka itp. U ludzi widać było błysk w oku, który świadczył, iż chcą oni iść z postępem, a nie stać w miejscu Muszę obiektywnie stwierdzić, że Priština zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Przechadzając się ulicami stolicy Kosowa trudno odnieść wrażenie, że panuje tutaj ponad 50% bezrobocie. Jeśli mam być szczery, to centrum Prištiny przypomina Katowice przed 8-10 laty.
Jeśli ktoś z Was, Drogich Czytelników, zechce wjechać do Kosowa, koniecznie powinien spróbować tutejszego pieczywa. Wypiekane w klasycznych piecach chleby na zakwasie mają zupełnie inny smak niż dzisiejsze pieczywo produkowane na bazie drożdży. Jak już wcześniej wspomniałem - kebab, burek czy inne przysmaki kuchni bałkańskiej to również obowiązkowy punkt programu. Można też sobie kupić płytę z muzyką ludową. Ja właśnie taką sobie zafundowałem, ale po odsłuchaniu jej w domu okazała się…dosłownym wyciem do księżyca :) Pamiętajmy zatem, aby 'artystę' o nazwisku Rizah Bllaca raczej omijać szerokim łukiem.
Z uwagi na zbliżający się zachód słońca byliśmy zmuszeni powoli wracać do Niškiej Banji. W drodze powrotnej, już w Serbii, wstąpiliśmy do znajdującej się nieopodal drogi knajpki. Z uwagi, że Serb i Polak raczej nie maja większych problemów ze wzajemnym zrozumieniem, po godzinnym postoju dowiedzieliśmy się całego życiorysu właściciela. Co ciekawe, jest oddanym bez reszty fanem...Poloneza! Polski samochód ponoć towarzyszy mu przez całe życie. Po każdy nowy model zawsze przyjeżdżał do naszego kraju. Jednocześnie nie cierpi jugosłowiańskiej myśli technicznej - jak powiedział, zamiast Zastavy (Yugo) wołałby jeździć na ośle :) Właściciel pokazał nam nawet swoje zdjęcia ze ślubu, gdzie w tle znajdował się oczywiście Polonez.
Tym optymistycznym akcentem udaliśmy się w drogę powrotną i ok. 22 byliśmy w domu na nocleg, pamiętając, że jutrzejsza droga do Igoumenitsy jest długa i męcząca, a więc pobudka czeka nas o 4.30 rano.
Droga do Grecji wiedzie przez Macedonię, a tam oczywiście za tranzyt autostradowy trzeba płacić. Na szczęście opłaty są o wiele niższe niż w Serbii i wynoszą w sumie niecałe 20 zł. Polecam wszystkim, aby mieć przy sobie drobny bilon euro (10, 20, 50 eurocentów oraz monety 1 i 2 euro) i pamiętać o przeliczniku 1 euro - ok. 60 denarów. Dlatego np. jeśli cena wynosi 90 denarów płacimy 1,5 euro. Broń Boże nie płaćmy euro w papierku, gdyż możemy albo otrzymać po niekorzystnym kursie resztę w denarach albo po prostu jej nie otrzymać. W tym miejscu również bardzo ważna informacja. Pierwsze 10-15 km od przejścia granicznego pokonujemy zwykłą drogą. Na tym odcinku prawie zawsze stoi policja, dlatego w tym miejscu szczególnie zalecam ostrożną jazdę. Ponadto zawsze przyda się kilka paczek papierosów i jakiś gadżet w stylu długopis itp. Policjant, który nas zatrzymał początkowo przywitał nas mandatem w wysokości 50 euro, ale dwie paczki dobrych polskich papierosów i 30 minutowa rozmowa na temat "jak to jest w Polsce" załatwiła sprawę. W istocie jest tak, iż policja zatrzymuje z ciekawości, no a żeby był jakiś powód, musi podać jakąś kwotę. Pamiętajmy, aby zachować spokój, nie denerwować się i podjąć rozmowę na inny temat - sprawdzone :)
Oprócz przygód z policją przez Macedonię przejeżdża się szybko i bez dodatkowych atrakcji. Opłaty za autostrady (no i ewentualny prezent dla policji) to wszystkie koszta, które musimy ponieść w tym kraju. Pamiętajmy, aby wjeżdżając do Grecji przesunąć zegarki o godzinę naprzód! Obowiązuje tutaj czas wschodnioeuropejski (taki, jak w Bułgarii, Rumunii czy np. na Ukrainie).
Grecja - aktualnie w tym kraju jest realizowane ogromne przedsięwzięcie o nazwie Egnatia Odos (Autostrada Egnatia), którego zadaniem jest połączenie portu Aleksandropolis z Igoumenitsą. Zadanie jest o tyle trudne, że zachodnie tereny Grecji to wysokie góry Epiru, co wiąże się z budową kilkudziesięciu tuneli, wiaduktów itp. Na dzień dzisiejszy autostradą dojedziemy do Greveny, a potem nową, choć bardzo krętą i stromą drogą musimy męczyć się aż do Ioanniny (Joanina). Z tego miasta do Igumenitsy w większości jest już autostrada, choć niestety nadal możliwe są strome podjazdy z dosyć wąską drogą. Jeśli ktoś wybiera się np. samochodem z przyczepą bądź kamperem, nie mówiąc już o ciężarówkach, myślę, że lepiej będzie wybrać wariant drogą E90 z Kozani do Ioanniny - choć odległość jest nieco większa, komfort jazdy nieporównywalnie lepszy. Opłata za autostradę z Thessalonik (Saloniki) do Igoumenitsy wynosi w sumie 4 euro. Trudno tutaj mówić o określonym czasie przejazdu. Wszystko zależy od pory dnia i tygodnia. Pamiętajmy, że z Salonik do Greveny mamy cały czas autostradę. Dopiero od tego momentu jedzie się wolniej, jednak 4,5 godziny do Igumenitsy to raczej maksimum.
Jeśli już dotrzemy do Igoumenitsy, trzeba zorientować się, o której godzinie odpływa prom do Korfu (Kerkyra). Całkowity koszt dla trzech osób + samochód to niecałe 50 euro. Prom płynie ok. 1,5 godziny, maksymalnie 1h 45 minut. Kiedy dopłynęliśmy do Korfu (stolica wyspy) udaliśmy się na północ, aby dotrzeć do malutkiej miejscowości Agios Spirydonas, w którym mieliśmy spędzić najbliższy tydzień. Niestety - połączenie morze + płytkie jezioro przybrzeżne nie jest dobrym pomysłem. Domek, w którym mieszkaliśmy, nie posiadał moskitier, co oznaczało codzienne wieczorne bitwy z dziesiątkami, a może i nawet setkami krwiopijców.
Przejdźmy jednak do opisu Korfu. Jest drugą po Keffalonii, co do wielkości wyspą z grupy Wysp Jońskich, położona nieopodal wybrzeża albańskiego. Posiada bogate świadectwa panowania Rzymu, Bizancjum, Wenecji i Turcji Osmańskiej. Chwała Bogu, że ogromne trzęsienie ziemi z 1953 roku, nie dotknęło Kerkyry. Dzięki temu bogata historia wyspy została zachowana w stanie nietkniętym.
W ciągu tygodniowego pobytu na Korfu, zwiedziliśmy całą północną i środkową część wyspy. Na południe niestety zabrakło już czasu. Plaże, których na wyspie jest sporo, oferują zarówno wybrzeże żwirowe jak i piaskowe. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja osobiście polecam plaże w pobliżu Rodii (Rodia), Sidari oraz najbardziej znaną - w Paleokastritsie. Widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. Największą atrakcją wyspy jest wyżłobiony w piaskowcu przez wodę morską tzw. Canal d'Amour znajdujący się miejscowości Sidari. To obowiązkowy punkt programu pobytu na Korfu.
Tutaj uwaga - ze stolicy wyspy, Kerkyry, wiodą na północ dwie drogi - jedna nadmorska, druga śródlądowa. Zdecydowanie polecam podróżować tą druga. Jest tam zdecydowanie mniejszy ruch, a i sama jakość nawierzchni wydaje się lepsza. Wariant nadmorski oznacza lawirowanie między quadami i skuterami wśród nieco za głośno zachowujących się Włochów i Anglików. Jeśli już jesteśmy przy stolicy wyspy, to koniecznie trzeba wspomnieć o licznych atrakcjach miasta. Punkt obowiązkowy to starówka Kambiello oraz Stara Twierdza, która najlepiej prezentuje się w nocy. Koniecznie przespacerujmy się licznymi uliczkami przy których niezliczone sklepy zachęcają do zakupu pamiątek, a knajpki i kawiarnie przypominają, że kiedyś trzeba też odetchnąć. Będąc na Korfu, obowiązkowo musimy zapoznać się z grecką kuchnią. Liczne tawerny oferują szeroki wybór ryb (w tym przepyszna tsipura) oraz wyśmienita bakława (bardzo słodkie ciasto z miodem, orzechami i migdałami). Polecam również szeroki wybór kebabów (pita gros). Są smaczne, świeże i w miarę tanie (1,5 euro). Niestety rozczarują się fani kawy, gdyż z reguły dostaniemy dosłowny naparstek, który wystarcza być może na jeden łyk. Za to spróbujmy greckiej wódki o nazwie ouzo oraz nalewki z kumkwatów (bardzo słodkie, ale warto spróbować).
Niewątpliwie miłym akcentem była obecność naszych rodaków w miejscach, w których nigdy bym się tego nie spodziewał. Jadąc wąską i krętą drogą na wschód wyspy do miejscowości Kavadades, nagle z przeciwka pojawił się samochód ciężarowy. Kierowca ciężarówki zatrzymał się, wyszedł i po krótkiej rozmowie okazało się, że jest Polakiem mieszkającym na Korfu od 10 lat. Morał z tego jest taki, iż Polaka spotkamy wszędzie :)
Uwaga! Niezbyt miłą ciekawostką jest fakt, iż na Korfu wieczorem (tj. 22) zamykane są wszystkie stacje benzynowe (nawet w stolicy!). Pamiętajmy o tym, gdyż jednak odległości na wyspie są stosunkowo duże, a nocleg w polu z powodu braku paliwa raczej nie będzie miłym wspomnieniem.
W ten sposób nasz pobyt na Korfu dobiegł końca. 24 sierpnia, pierwszym promem o godz. 5.30 pożegnaliśmy Kerkyrę. W ten sposób rozpoczęliśmy drugą część naszych wakacji, czyli przejazd przez Albanię i Czarnogórę do Chorwacji.
Igoumenitsa przywitała nas o 7 rano. Stąd, ponowny przejazd do Ioanniny (Janiny) i tym razem na północ do granicy z Albanii w miejscowości Kakavi (Kakavia). Dystans z Igoumenitsy do granicy zajął nam dokładnie trzy godziny normalnej jazdy.
ALBANIA
Albania - kraj ten jest nam bardzo mało znany. A szkoda. Albania jest państwem znajdującym się w południowo-wschodniej części Półwyspu Bałkańskiego. Leży nad Morzem Jońskim i Adriatyckim. Ponad 300 km wybrzeża oznacza spory potencjał rozwoju turystyki.
Aby zrozumieć Albańczyków jak i samą Albanię, warto choćby pobieżnie poznać historię tego kraju. Według albańskiej mitologii narodowej, Albańczycy są potomkami starożytnego ludu Ilirów, którzy to jako pierwsi zasiedlili Bałkany. Przybyli tam później Słowianie ponoć zajęli rdzenne tereny tego ludu.
Do przełomu XV i XVI wieku Albania była niepodległym państwem. Dopiero po śmierci bohatera narodowego - Gjergj Kastrioti Skënderbeu, zwanego Skanderbegiem, Albania stała się częścią Imperium Osmańskiego. Dopiero po 400 latach poddaństwa tureckiego Albania odzyskała niepodległość (28 listopada 1914 - dzisiejsze święto narodowe.), lecz okres międzywojenny to tak naprawdę nieustający protektorat Włoch, zaś apogeum tego panowania osiągnięto w kwietniu 1939 roku, kiedy to Benito Mussolini dokonał aneksji Albanii, która stała się integralną częścią Włoch.
Po wojnie władzę objął komunista Enver Hohxa (Hodża) i twardą ręka rządził do 1985 roku. W tym czasie Albania stałą się pierwszym na świecie krajem ateistycznym oraz głosiła hasła autarkii (samowystarczalności). Do śmierci Mao Tsetunga, utrzymywano bliskie kontakty z Chinami.
W 1967 r. Komitet Centralny Albańskiej Partii Pracy podjął decyzję o budowie 750 tys. bunkrów, które miały stanowić zabezpieczenie przed rzekomym atakiem państw imperialistycznych. Wyobraźcie sobie, że to przedsięwzięcie pochłonęło 3 mld dolarów! Biorąc pod uwagę ówczesną wartość siły nabywczej, okazuje się to kwotą wręcz niewyobrażalną! No cóż, każdy dyktator miał swoje widzimisie. Naprawdę, trzeba pogratulować Enverowi Hoxhy (Hodży) niewiarygodnej pomysłowości. Jako ciekawostkę dodam, iż albańskie bunkry dzieliły się na wiele rodzajów. Jedne z nich to jednoosobowe "grzybki atomowe", inne to już sporych rozmiarów betonowe kolosy, zaś największe pomieściłyby nawet czołg! Warto ponadto wspomnieć, iż również w osławionym 1967 r. Hoxha zakazał posiadania prywatnych samochodów, wobec tego znajdujemy tutaj odpowiedź, dlaczego sieć dróg jest dzisiaj w tak fatalnym stanie.
Okres do 1997 roku to wielki kryzys związany z tzw. piramidami finansowymi, na których tysiące osób straciło cały swój majątek. Dopiero od tego czasu Albania wkroczyła na ścieżkę rozwoju. Tak w telegraficznym skrócie wygląda historia Albanii.
Teraz przejdźmy już do właściwego opisu:
Wbrew pozorom przekraczanie granicy z Albanią nie jest jakimś niezwykle emocjonującym wydarzeniem, szczególnie dla kogoś, kto wybiera się tam kolejny raz.
Nie zmienia to faktu, że wjeżdżamy do jednego z najbiedniejszych państw Europy i to już może się wydawać ciekawe. Przejdźmy jednak do sedna - przy wjeździe do Albanii od Polaków nie są pobierane żadne opłaty - otrzymujemy darmową wizę - Vertetim Hyrje, którą musimy zwrócić przy wyjeździe. Dopiero wtedy pobrana zostanie opłata 1 euro tzw. podatku drogowego (opłata jednorazowa) oraz 1 euro za każdy dzień pobytu w Albanii. Po stwierdzeniu celnika "Polanda, non visa gratis" i geście zachęcającym do wjazdu, kierujemy się do Gjirokastry. Do tego miasta prowadzi bardzo dobra, szeroka droga. W tym miejscu warto zobaczyć kamienne domki starówki, które są pokryte szarymi łupkami - Gjirokastra została wpisana w 2005 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
W tymi miejscu kończy się droga w europejskim tego słowa znaczeniu i rozpoczynamy podróż prawdziwym albańskim traktem. Średnia prędkość podróżna to ok. 30-40 km/h, a więc pozwala na podziwianie pięknych widoków albańskiej części Epiru. Następna miejscowość to Tepelena, w którym znajduje się pomnik albańskiego możnowładcy Ali Paszy Tepeleny. Dalej wśród tumanów kurzu droga ciągnie się do Fieru. Po drodze mijamy oczywiście bunkry, ale również szyby naftowe, w okolicy których roznosi się niemiłosierny smród ropy. Niestety prędkość podróżna wzrasta dopiero w okolicach Lushnjë, a to za sprawą zakończonej budowy drogi szybkiego ruchu z Durrës do Tirany (wg albańskich standardów jest to autostrada:). Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych lat droga od granicy greckiej będzie lepsza, gdyż za Gjirokastrą widzieliśmy sporo koparek i ciężarówek, co oznacza, iż również tam będzie można już niedługo normalnie podróżować.
W Durrës zatrzymujemy się na godzinną przerwę na byrka (albański burek) oraz zakup pamiątek, czyli legendarnego już bunkra-popielniczki oraz niezłego albańskiego brandy - Skanderbega (butelka 0,7 l to koszt ok. 450 leków, czyli niecałe 15 zł). Z uwagi, iż Durrës jest drugim co do wielkości po Tiranie miastem, ruch jest ogromny. Zachowania albańskich kierowców są bardzo interesujące. Obowiązuje zasada - kto większy, ten ma pierwszeństwo. Wyprzedzanie z prawej strony czy też na trzeciego nie jest niczym nowym. Dlatego jadąc samochodem przez Albanię, musimy mieć mocne nerwy i święty spokój. Oczywiście po Albanii poruszają się w znakomitej większości 20 letnie i starsze Mercedesy (tutaj obowiązuje zasada: im starszy, tym lepszy), które są kupowane przez gastarbeiterów - Albańczyków pracujących na Zachodzie. Oprócz tej uznanej marki zobaczymy najnowsze modele innych niemieckich koncernów - VW, BMW itp. Pewnie wielu z Was zadaje sobie pytanie - skąd takie auta w biednej Albanii? Otóż samochód to dla Albańczyków świętość.. Mieszkanie może być skromne, ale na pewno nie samochód. Tak to właśnie wygląda w Albanii.
Jadąc z Durrës droga posiada już parametry europejskie, także aż do Shkodry podróżujemy po nowej nawierzchni, co powoduje, iż do tego miasta dojedziemy stosunkowo szybko. Wjeżdżając do miasta od południowej strony naszym oczom ukaże się usytuowany na wzgórzu Zamek Rozafa wraz z pozostałościami katedry św. Stefana. Następnie, przejeżdżamy nad rzeką Drin, by po chwili po naszej lewej stronie pojawia się szeroka rzeka Bunës (w Czarnogórze nazywa się Bojana). W tym momencie musimy zdecydować, którędy chcemy podróżować. Skręcając w lewo, przejedziemy przez wymienioną przed chwilą rzekę i mijając dzielnicę Romów (cygańską) dojedziemy do przejścia granicznego z Czarnogórą w miejscowości Muriqan. Jeśli pojedziemy prosto, naszym celem będzie granica w Hani i Hoti, z której dalej jedzie się drogą E762 do Podgoricy i dalej przez Nikšić w stronę Bośni i Hercegowiny. Ja polecam wariant nr 1 - mały ruch i szybka odprawa. Jak już wcześniej wspomniałem, całkowity koszt przejazdu przez Albanię to 1 euro opłaty drogowej + 1 euro za każdy dzień pobytu w Albanii.
Po opuszczeniu Kraju Orłów, wjeżdżamy do Czarnogóry. Jedziemy ok. 10 km krętą drogą do miejscowości Vladimir. Tam możemy skręci w prawo w kierunku Starego Baru, lub jechać prosto do Ulcinja. Obie drogi łączą się właśnie w Barze, a odległości są podobne. Następnie kierujemy się na zachód, przejeżdżając przez Petrovec na moru, i Budvę. Później możemy albo objechać całą Bokę Kotorską (przejeżdżając przez Kotor), albo jadąc przez Tivat skrócić sobie drogę promem (4 euro za samochód osobowy). Następnie przez Herceg-Novi dotrzemy do granicy czarnogórsko-chorwackiej w miejscowości Karašovići. Następnie ok. 40 minut zajmuje nam dojazd do naszych przyjaciół pod Dubrownikiem. Tam, w znanym nam już od 9 lat miejscu, wybieramy się na ulubioną plażę w pobliskim Orašacu. W ciągu tygodnia wypoczynku udaliśmy się na jednodniowa wycieczkę na Korčulę.
Warto ponadto zajrzeć do nieco oddalonej od Dubrovnika miejscowości Kupari. Przed wojną znajdował się tutaj przepiękny kompleks hotelowy. Niestety działania wojenne zrobiły i popada on w ruinę. W tej samej miejscowości znajdują się jednakże bardzo urokliwe plaże, a z uwagi, iż Kupari leży dosyć daleko zarówno od Dubrovnika, jak i Cavtatu, nie ma tutaj tłumów turystów.
Na plaży należącej do kompleksu hotelowego mieliśmy okazję zobaczyć rodzinę Muzułmanów (taką narodowością określają się niektórzy mieszkańcy Bośni i Hercegowiny oraz północnej Czarnogóry). Zwróciliśmy uwagę na przywiązanie do tradycji (okrycie głowy). Co ciekawe, tak ubrane kobiety normalnie wchodziły do wody i zażywały kąpieli…
Niestety południowa Dalmacja, a w szczególności okolice Dubrownika to najdroższy region Chorwacji. Wyobraźcie sobie, że na rynku Starego Gradu (Stare Miasto) za trzy piwa i sok zapłaciliśmy 120 kun (ponad 62 zł). Równie drogie jest pieczywo, nabiał itd. Nasi przyjaciele powiedzieli nam, iż władze Dubrownika chcą uczynić z niego drugie Monte Carlo… mówi to samo za siebie. Jednak widoki, jakie możemy tam zobaczyć wynagrodzą każde pieniadze...
Po 7 dniach beztroskiego odpoczynku wracamy do Chorzowa. Tutaj warto wspomnieć, iż warto skorzystać z dobrodziejstw chorwackich autostrad. Są to całkowicie nowe drogi o idealnej wręcz nawierzchni. Aktualny cennik i wszelkie informacje o utrudnieniach w ruchu znajdziemy pod adresem Hrvatske Autoceste: http://www.hac.hr. Ponadto na drugim programie chorwackiego radia (HRT-HR2) co godzinę podawane są w informacje Hrvatskiego Automobil Klubu (HAK) w języku chorwackim, angielskim, niemieckim oraz czasem włoskim dotyczące utrudnień w ruchu. I tak, jadąc przez Węgry i Słowację, dotarliśmy wieczorem, 1 września, po zasłużonym odpoczynku do domu.
WAKACJE 2007
Wyprawa Anno Domini 2007 była poniekąd spowodowana wyjazdem z roku poprzedniego. Sympatia do Grecji spowodowała, że znowu zadecydowaliśmy o eskapadzie do kraju bogów Olimpu. Tym razem wybór padł na Zakynthos, wyspę położoną na południe od Korfu. Tam zarezerwowaliśmy sobie po tygodniu w dwóch różnych miejscowościach. Powrót oczywiście przez Albanię, ale w tym roku dodatkowo również wizyta w Ochrydzie (Ohrid) - jedynym mieście Macedonii wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Tak wyglądał plan. Jak się jednak okazało, doszło do niego jeszcze kilka interesujących punktów.
Standardowo zaczynamy zatem od trasy podróży. Nie różniła się ona specjalnie od zeszłorocznej. Jedyną różnicą było pokonanie Słowacji i Węgier wyłącznie autostradami. Następnie oczywiście przejazd przez Serbię (tym razem bez wypadu do Kosowa) i nocleg w zarezerwowanym hotelu w Skopje. Biorąc pod uwagę, iż z Chorzowa wyjechaliśmy o 6.30, zaplanowaliśmy dojechać do stolicy Macedonii gdzieś ok. 22-23. Tak też się stało. W tym miejscu chciałbym polecić wszystkim serwis http://www.booking.com, dzięki któremu bez problemu znajdziemy nocleg w niezłej cenie w większości interesujących nas miast. My znaleźliśmy przyjemny hotelik w Skopje oferujący dwuosobowy pokój z dostawką za 72 euro wraz z naprawdę wyśmienitym śniadaniem.
Rankiem następnego dnia o 6.30 wyjechaliśmy ze Skopje. Ceny za przejazd macedońskimi autostradami podałem w opisie wyprawy z 2006 roku. Natomiast ciekawostką jest fakt, iż 10 km za miejscowością Petrovec autostrada rozdziela się, i tak jeden pas został wybudowany po zachodniej części góry, zaś drugi po wschodniej. Takim dziwactwem pojedziemy ok. 20 km. Trzymając się standardów europejskich, w odległości 2-3 metrów od drogi usytuowane są różnorakie bary i knajpki. Jadąc tędy nocą, niech nas nie zdziwią nieoświetlone rowery, ciężarówki, traktory itp. Zalecana jest tutaj szczególna ostrożność. Autostrada została jak na razie wybudowana tylko do okolic Negotino. Od tego miejsca poruszamy się normalną drogą, oznaczoną tutaj jako ekspresowa. Ponownie autostrada pojawia się w odległości mniej więcej 5 km od granicy z Grecją w miejscowości Gevgelija. Kilkaset metrów po przejechaniu granicy greckiej polecam zwrócić uwagę na nieco ukrytą w krzakach po prawej stronie dużą tablicę "Welcome to Greece", ale poniżej znajduje się również napis…"Welcome to Macedonia"! Dla przypomnienia - Grecja oficjalnie nie uznaje istnienia państwa o nazwie "Macedonia". Dla określenia tego kraju używane jest sformułowanie "F.Y.R.O.M" czyli w wolnym tłumaczeniu: "Była Jugosłowiańska Republika Macedonii". Warto zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie jako dowód skomplikowanej sytuacji panującej na Bałkanach.
Po krótkiej przerwie kontynuujemy naszą podróż na Zakynthos. Droga do Salonik (Thessaloniki) jest bardzo komfortowa. Wprawdzie autostradą jedziemy tylko 15 km, jednak dalej poruszamy się szeroka droga ekspresową (bezpłatna). Dalej cały czas jedziemy drogą E65 (autostrada A1). Na wysokości Riwiery Olimpijskiej ((Pláka Litóhorou) postanowiliśmy skręcić w prawo do Parku Narodowego Olimpu. Prowadzi tam asfalt, który w końcowym odcinku zmienia się w utwardzony szuter. Dojazd zajmuje ok. 40 minut, a na miejscu znajduje się małe schronisko, gdzie można odpocząć. Właśnie stamtąd prowadzi długi i stosunkowo trudny szlak na Olimp, jeden z najwyższych szczytów Półwyspu Bałkańskiego.
Pora na wyjaśnienia dot. autostrad greckich - chociaż z wielu map wynika, iż dystans z Salonik aż do Aten pokonuje się autostrada, nie jest to prawdą. Droga o faktycznych parametrach autostrady obejmuje następujące odcinki: Saloniki-Tembi (okolice rzeki Piniós), Larisa-Ráhes (20 km przed Lamíą). Właśnie w Lamíi prowadzone są prace dopiero mające na celu wybudowanie autostrady. 9 km za Lamíą skręcamy w prawo (droga E65) w stronę miejscowości Amfissa. Prowadzi tędy bardzo dobra droga, która na podjazdach w zdecydowanej większości jest dwupasmowa. Dalej kierujemy się przez miejscowość Náfpaktos do Pátry. Tutaj uwaga. W ostatnich latach został wybudowany ogromnym kosztem równie ogromny most łączący przeciwne brzegi Zatoki Korynckiej. Jest on płatny i kosztuje 10,90 euro za przejazd. Alternatywą są kursujące tutaj promy, aczkolwiek ich ceny nie są mi znane..
Naszym ostatnim lądowym celem jest port Killinis, znajdujący się ok. 70 km na południe od Pátry. Prowadzi tam niezła droga ekspresowa. Aby dotrzeć do portu, na wysokości miejscowości Lehena skręcamy w prawo i podążając za znakami (które są niestety małe, zniszczone i napisane w alfabecie greckim) kierujemy się na zachód i po 14 kilometrach jesteśmy na miejscu. Niestety przyjechaliśmy o 19, a prom odpłynął pół godziny wcześniej, także byliśmy zmuszeni zaczekać do 20.30. Koszty transportu na Zakynthos są podobne jak na Korfu, tj. ok. 50 euro za trzy osoby i samochód. Podróż promem trwa ok. 1h 15 minut. Po dotarciu do stolicy wyspy - Zakynthosu - udaliśmy się do miejsca, w którym spędzimy najbliższy tydzień. Keri Lake to malutka miejscowości położona na południowym zachodzie wyspy. Aby tam się dostać po wyjeździe z portu skręcamy w lewo i po chwili dotrzemy do świateł. Na nich skręcamy w prawo i po kilku minutach, cały czas uważnie śledząc znaki, kierujemy się w lewo. Niestety Grecja nie ma zbyt dobrego oznaczenia - nazwy nie dosyć, że występują często w alfabecie greckim, to jeszcze są umieszczone po prostu w krzakach. Po 30 minutach docieramy do celu. Nasze oczekiwania pokryły się z tym, co zastaliśmy. Miła kwatera z dwoma pokojami, kuchnią, łazienką i dużym tarasem.
Teraz pora na kilka informacji Zakynthosie. Należy ona do grupy Wysp Jońskich, jest o wiele mniejsza od sąsiedniej Keffalonii oraz Korfu (Kerkyry). Największą atrakcją wyspy są żółwie morskie Careta Careta. To własnie na Zakynthosie żółwie morskie składają największą ilość jaj. Niestety istnienie gatunku Careta Careta jest zagrożone z powodu zwiększającej się ilości turystów, a co za tym idzie, zmniejszania się areału plaż, które są naturalnymi lęgowiskami tych zwierząt. Naturalnie żółwie są atrakcją wyspy, dlatego też większość pamiątek właśnie do nich nawiązuje. Niestety nie było nam dane zobaczyć jakiegokolwiek żółwia w swoim naturalnym środowisku.
Plaże - uprzedzam, że spora ilość plaż jest objęta ochroną gatunkową, także przebywać na nich można tylko w określonych godzinach (do zachodu słońca).
Mimo tych niedogodności, ich ilość zadowoli najbardziej wybrednych. Chociaż piasek oczywiście nie ma takiej barwy jak bałtycki, a same plaże do szerokich nie należą, to jednak na wyspie jest sporo zatoczek, gdzie nie musimy obawiać się tłumów rozwrzeszczanych Anglików. Godną polecenia plażą (żwirowa) jest położona na północno-wschodnim wybrzeżu Makris Gialos Beach (okolice miejscowości Kokkinou). Bardzo miła z uwagi na sporą ilość drzewek zapewniających cień jest również plaża miejska właśnie w Keri Lake. Z kolei jeśli chodzi o piasek to można wybrać się w okolice Laganas, a dokładnie do Kalamaki. Od drogi głównej odchodzi wiele dróżek, także znajdziemy odosobnione miejsce bez hałaśliwych tłumów. Powróćmy jeszcze do mieszkańców Wysp Brytyjskich. Jest sobie na Zakynthosie przed chwilą przeze mnie wspomniane miasteczko o nazwie Laganas. To właśnie tam istnieje raj dla młodych, żądnych przygód ludzi. Chociaż nam, Polakom, raczej taki tryb życia, jaki jest tam prezentowany przez Anglików, nie odpowiada, na pewno warto się tam wybrać, choćby na jeden wieczór. Panuje tam naprawdę ciekawa atmosfera głośnych barów, fast-foodów oraz innych, sprzedających różne trucizny, punktów gastronomicznych. Obowiązuje zasada - kto ma lepszy i głośniejszy sprzęt grający oraz wielki telebim z telewizją Sky dla spragnionych brytyjskiej piłki kibiców, ten jest najlepszy. Trudno to opisać, gdyż w Polsce po prostu brak odpowiedników. To trzeba zobaczyć. Oczywiście w Laganas jedyne piwo jakiego możemy się napić, to ledwie przeciętny Heineken, Stella Artois, kilka brytyjskich draughtów oraz jedna, na szczęście dobra, grecka marka - Mythos. Spróbujmy również popularnej greckiej Metaxy, która występuje tutaj w niedostępnych gdzie indziej wersjach -15-letniej kamionce oraz najstarszej 30-letniej Private Reserve.
Gastronomia - krótki opis greckich potraw pojawił się już w części poświęconej Korfu, jednak oprócz bakławy czy tsipury, bardzo dobrą przekąską jest wieprzowe lub mieszane souvlaki, czyli po prostu polski szaszłyk. Chociaż niektórzy mogą to uznać za zniewagę Grecji, polecam też spróbować tutejszej pizzy. Niczym nie ustępuje włoskiej. Co do samych knajpek, to polecić możemy dwie z nich. W miejscowości Keri nad samym urwiskiem (obok olbrzymiej greckiej flagi, która jest ponoć największa na świecie) oraz w malutkiej miejscowości Porto Kukla, niczym nie wyróżniająca się przydrożna knajpka o nazwie Taverna Vardiola. Warto również wspomnieć o pewnej knajpie, którą powinniśmy omijać szerokim łukiem. W miejscowości Argasi (kilka kilometrów na południe od Zakynthosu) znajduje się, rzekomo jedna z najlepszych na wyspie (!), tawerna o nazwie "U trzech braci" - Three Brothers. Niestety nie pamiętam nazwy greckiej, ale wszyscy powinni wiedzieć, o co nam chodzi. W skrócie - wysokie ceny i niska jakość. W Grecji trzeba kierować się zapachami i tym, co najważniejsze - tzw. pierwszym wrażeniem. Ono chyba nigdy nie kłamie… Dajmy sobie natomiast spokój z rekomendacjami. One są po prostu przesadzone!
Owoce - tutaj lekkiej diety również się rozczarują. Oprócz pomarańczy…z RPA wybór był słabiutki, a same owoce po prostu niesmaczne! Kilogram winogron za 4 euro, a ich jakość u nas odpowiadałaby gatunkowi po przecenie za symboliczną złotówkę! Podobnie z brzoskwiniami - taki słodki "kartofel" za 3 euro kilogram…
Z uwagi na specyficzną budowę geologiczną, plaże na Zakynthosie znajdziemy wyłącznie na wschodzie i południu. Całe wybrzeże zachodnie zbudowane jest z wysokich klifów. Kąpiel, z wyjątkiem Navagio Beach, jest niemożliwa, ale w zamian mamy możliwość podziwiania przepięknych zachodów słońca. W tym celu warto udać się do miejscowości Kambi lub właśnie Navagio Beach. Ale o tej plaży za chwilę.
Teraz pora na opis najważniejsze atrakcje wyspy. Żółwie zostały już przeze mnie opisane, nie wspomniałem natomiast jeszcze o niewielkiej wyspie - Marathonisi - znajdującej się w Zatoce Laganas. Podobnie w innych miejscach na Zakynthosie, na tej wysepce również znajdują lęgowiska żółwi wodnych. Plażę bez przerwy nadzoruje dwóch strażników i co chwilę biegają za Bogu winnymi turystami, którzy rzekomo niszczą żółwie gniazda, wbijając 2 metry od brzegu swój parasol. Dziwi mnie tylko jedna rzecz - dlaczego nie zakazano organizowania wycieczek do tego miejsca? Żółwie miałyby spokój, a turyści znaleźliby sobie miejsca oddalone od żółwich lęgowisk. Niestety tak wygląda greckie podejście do ochrony środowiska - wszyscy są za, tylko nie ma kto tego wszystkiego nadzorować.
Wróćmy teraz do Navagio Beach - jest to jedyna plaża na zachodnim wybrzeżu. Dostęp wyłącznie od strony morza, ewentualnie skok z wysokości 200 metrów :. Plaża jest wizytówką całej wyspy, a to z uwagi na wrak statku, który dodaje uroku temu miejscu. Warto jednak obejrzeć plażę z wysokości, a to z uwagi na niezapomniane widoki. Dojazd przez miejscowość Volimes lub Anafonitria - podążajmy za znakami "Shipwreck" oraz "Agh. Georgiou Monastir".
W taki oto sposób spędziliśmy pierwszy tydzień naszej zakynthoskiej wyprawy. Teraz przenosimy się do miejscowości, a raczej zlepków miejscowości, czyli po prostu do Vasillikosu - Porto Roma.
Tam zwiedziliśmy chyba najbardziej chronioną część wyspy, czyli dwie plaże - Dafni Beach oraz Gerakas Beach. Z uwagi na niestrudzonych obserwatorów, którzy mają wyostrzony wzrok na parasole, lepiej wybrać na plażowanie inne miejsce. Tak też zrobiliśmy i już do końca naszego pobytu na Zakynthosie wypoczywaliśmy na plaży…św. Mikołaja w zatoce C. Aghios Nikolaos. Dla aktywnych istnieje możliwość wypożyczenia motorówek, nart wodnych, paralotni itd. W tym miejscu polecamy pójść do pobliskiej knajpki na przepyszne souvlaki (dla przypomnienia - grecka odmiana szaszłyka). Ciekawostką jest fakt, iż właściciel okazał się Bułgarem, a pracownicy Albańczykami…
Niewątpliwą atrakcją pobytu na Zakynthosie była…Msza Św. w jedynym katolickim kościele na wyspie. Językiem liturgii był włoski z elementami angielskiego i francuskiego. Bardzo specyficzna atmosfera. Nabożeństwa w każdą niedzielę o 19.
W ten sposób powoli kończył się nasz beztroski czas wypoczynku na "żółwiowej wyspie". Jednak nie oznaczało to końca wyprawy! Przed nami jeszcze miasto Macedonia ze swoją piękną Ochrydą (Ohrid), Albania wraz ze stolica Tiraną, przejazd przez Czarnogórę, krótka wizyta u przyjaciół w Dubrowniku oraz…co jest pomysłem taty - przejazd do Włoch i zdobycie jednej z najwyżej położonych przełęczy alpejskich dostępnych samochodem - Stilfserjoch (Passo di Stelvio) - 2758 m.n.p.m. Chorwacja, Kupari - pozostałości kompleksu hotelowego Bałkanów pełnej krasie
Podobnie, jak w zeszłym roku na Korfu, Zakynthos pożegnaliśmy pierwszym promem odpływającym ze stolicy wyspy o 5.30. Tutaj uwaga - bilety trzeba zakupić dzień wcześniej, gdyż kasa jest otwierana dopiero o godz. 7 rano. Po upływie 1h 20 minut dopłynęliśmy do Killini, skąd szybkim tempem udaliśmy się przez most w Pátrze (cena za most od dwóch tygodni nie zmieniła się i dalej wynosi 10,90 euro) drogą E55 na północ. W tym miejscu chciałbym zdementować nieprawdziwe dane z map obejmujących ten teren - mianowicie jak na razie nie istnieje autostrada na odcinku Pátra - Ioannina (Janina). Oprócz 12 kilometrów starej autostrady w okolicach Arty, cały ten odcinek pokonujemy normalna drogą, miejscami na podjazdach specjalnie poszerzonej do dwóch pasów ruchu.
W Ioanninie robimy krótki odpoczynek na wysłanie kartek i tankowanie.) Następnie nasza droga przebiega wspomnianą już w tym tekście drogą E90, która jest znakomita alternatywą dla budowanej jak na razie Egnatii Odos łączącej Saloniki z Igoumenitsą. Po pokonaniu prawie 200 km znajdujemy się w miejscowości…Neápoli, skąd do Kastorii prowadzi autostrada (mająca łączyć ją w przyszłości z Egnatią Odos). Za Kastorią, zaczynają się, ku naszemu zdziwieniu, najlepsze w Grecji rejony narciarskie. Także pamiętajmy, że jeśli na narty to do Floriny. Foldery, które otrzymaliśmy, zupełnie nie przypominają zalanej słońcem, ciepłej Grecji!
Z kolei sama Florina to bardzo ładne miasteczko, gdzie czas wolno płynie. Zimą na pewno musi tutaj być bardzo przyjemnie. Po przerwie na café frapé udajemy się już w stronę granicy macedońskiej. Po bezproblemowej odprawie, która polegała na machnięciu paszportami i potwierdzeniu, skąd jesteśmy, udaliśmy się do niewielkiego sklepiku tzw. duty free. Okazało się, iż najważniejszy trunek Grecji - Metaxa, jest tutaj o wiele tańszy Także jak widać na załączonym obrazku, z zakupem greckiego winiaka, wstrzymajmy się aż do samego końca pobytu w tym kraju.
Przy wjeździe do Macedonii nie zapomnijmy o przestawieniu zegarków godzinę do tyłu. Obowiązuje tutaj czas środkowoeuropejski, czyli identyczny jak w Polsce. Po przejechaniu ok. 20 km znajdujemy się z Bitoli, skąd do Ochrydy tylko 65 kilometrów. Po drodze postanowiliśmy zobaczyć zaznaczony na mapie Pelister Nacjonalni Park. Niestety, jak to w biednych krajach, pojęcie park narodowy sprowadza się do postawienia tablicy z informacją. Jednak realnych działań ochronnych brak. Nie zmienia to faktu, że po 3-4 kilometrach od momentu zjazdu z drogi M5 cofnęliśmy się w czasie. Trafiliśmy o XIX, może XVIII wiecznej wioski, gdzie ludzie żyją spokojnie, bez codziennej walki z czasem. Naprawdę, zupełnie inni ludzie, żyjący z dnia na dzień, bez zbędnych zmartwień i problemów…Chwila refleksji nad naszym tempem życia przyda się każdemu.
Dalsza droga do Ochrydy upłynęła pod znakiem "zgaduj-zgadula - co za pojazd nas mija". Archiwalne Łady, Tavrie, Moskwicze, Tamy, Zastavy, ale również pojazdy z lat 50-60, których nazw niestety już nie potrafiłem sobie przypomnieć, to standard. Ciekawostką był nawet legendarny już Ford Bedford. Od czasu do czasu mignął nowiutki VW Touareg, Audi Q7 oraz Mercedesy S-klasa. Tak właśnie wygląda czy to w Albanii, czy też w Macedonii. Bieda przeplata się z niewiarygodnym bogactwem.
Ochryda (Ohrid) - przepiękne miasto położone nad jeziorem o tej samej nazwie (Jez. Ochrydzkie - Ohridsko ezero). Jeśli chodzi o nocleg, to z tym nie ma żadnego problemu. Już po wjeździe do miasta na przystanku autobusowym po prawej stronie podeszło do nas kilka osób oferujących nocleg. Jeśli mamy dosyć czasu, warto obejrzeć poszczególne oferty. My, najpierw zajrzeliśmy do położonych przy brzegu hoteli, ale jednak stawka 120-150 euro za apartament jest nieco wygórowana. Co ciekawe, przy wcześniejszej rezerwacji dwu lub trzyosobowego pokoju, cena spada do…17 euro za osobę ze śniadaniem. My jednak, doświadczeni poprzednimi latami, wybraliśmy się na postój taksówek. Tam miły gość, troszeczkę pod wpływem (ale tylko troszeczkę :) wskazał nam nocleg u macedońskiej rodziny w sumie za 25 euro, ale bez śniadania. Oczywiście, wizyta u braci Słowian nie mogła się odbyć bez rakii (rakija to samogon produkowany z winogron najczęściej z dodatkiem anyżu - każdy szanujący się gospodarz posiada swój pilnie strzeżony przepis na ten trunek) i degustacji domowego wina. Po tym przywitaniu udaliśmy się na nocne zwiedzanie miasta wraz z degustacją lokalnych dań. Zapachami różnych mięs przyciągnęła nas restauracja Belvedere (położona przy głównej promenadzie nad brzegiem jeziora). Tam po chwili usłyszeliśmy polski język - naszymi rodakami, a raczej rodaczkami okazały się… studentki Uniwersytetu Śląskiego na wydziale filologii słowiańskiej, które przyjechały tutaj w ramach stypendium. Jak widać, Polaka (lub Polkę) można spotkać naprawdę wszędzie.
Następnie udaliśmy się jeszcze na bulwar Makedonski Prosvetiteli, gdzie zakupiliśmy pamiątki. W drodze powrotnej minęliśmy pomnik św. Klemensa z Ochrydy (sv. Kliment Ohridski), do zasług którego możemy zaliczyć m.in. opracowanie języka liturgicznego kościoła bułgarskiego. I tak spokojnie przechadzając się wzdłuż promenady udaliśmy się o północy na zasłużony odpoczynek - w końcu jutro cel: Albania!
Z uwagi, iż śniadanie nie było wliczone w cenę, następnego dnia rano zdecydowaliśmy udać się na posiłek do restauracji w Villi Denarius (położona jest nad brzegiem jeziora). Za 5 euro od osoby zjedliśmy naprawdę pyszne śniadanko (szwedzki stół). Jednym słowem - polecamy macedońskie śniadanka :) Są naprawdę wyśmienite!
Mniej więcej o godz. 9 byliśmy już na granicy macedońsko-albańskiej za miejscowością Struga. Nie polecamy przejścia granicznego w miasteczku sv. Naum (południowa część Jeziora Ochrydzkiego), gdyż niekiedy celnicy twierdzą, iż…jest ono przeznaczone wyłącznie dla Macedończyków oraz Albańczyków. Mając czas, możemy spróbować, chcąc jednak sprawnie przekroczyć granicę, lepiej wjechać do Albanii drugim przejściem.
Niestety i tutaj celnicy albańscy nigdzie się nie spieszyli, a szczególnie zainteresował ich nasz samochód (w końcu z Polski) oraz dwa kampery Słoweńców. W ten sposób na granicy spędziliśmy ponad godzinę. Wszelkie wymagane formalności szczegółowo przedstawiłem w opisie wyprawy z 2006r. Nic w tej materii nie uległo zmianie, czyli nadal obowiązuje zasada - 1 euro jednorazowej opłaty drogowej oraz 1 euro za każdy dzień pobytu w tym kraju.
To już nasz trzeci pobyt w Albanii. Niestety zawsze tylko jednodniowy. No cóż. Za kilkanaście godzin również można sporo zobaczyć. Tym sposobem ruszamy w naszą podróż. Z przewodników oraz samego źródła - Towarzystwa Polsko-Albańskiego, dowiedziałem się, iż droga do Elbasanu posiada nową nawierzchnię i jedzie się nią bardzo komfortowo. Faktycznie, ani krzty przesady! Prawie 70 kilometrów jazdy po równiutkiej, szerokiej drodze. Niestety spotkaliśmy również sporo patrolów policyjnych - o dziwo żadnego nie zainteresowała polska rejestracja.
Elbasan to największe w Albanii miasto przemysłowe. Huty, kopalnie - wszystko to, co najbardziej zatruwa środowisko. Do zwiedzania niczego tutaj nie znajdziemy - najlepiej jak najszybciej opuścić ten zindustrializowany ośrodek miejski. Kiedy w Elbasanie odbiliśmy w prawo na Tiranę, natychmiast też pogorszyła się nawierzchnia drogi. Jej stan można porównać do drogi lokalnej w Polsce, czyli dziury i nierówności. Warto jednak zdać sobie sprawę, że jeszcze kilka lat temu wszystkie drogi w Albanii miały właśnie taką nawierzchnię. Po kilkunastu kilometrach u przydrożnych sprzedawców zakupiliśmy wypróbowany rok temu świetny albański czosnek (alb. hudhër) - jeden warkocz kosztuje 2 euro. Polecam! Po godzinie krętej, ale pięknej widokowo drogi docieramy do stolicy Albanii - Tirany.
Początkowo zadziwia chaos budowlany - każdy budynek jest inny - nie ma żadnej harmonii i stylu. Po obu stronach drogi zawsze bez problemu znajdziemy lavazh, gomiste i vulkanizer, czyli myjnię (nie jakaś tam automatyczna, tylko ręczna!), sklep z oponami (czasem, choć rzadko zdarzają się nówki) i wulkanizera. To, czy z ich usług skorzystamy, to już inna sprawa. Nie zmienia to faktu, że klienci o dziwo są zawsze. Z uwagi na czas, na zwiedzanie Tirany przeznaczyliśmy ok. dwóch godzin. Z takiego szybkiego spaceru, koniecznie trzeba zrobić sobie zdjęcie pod pomnikiem Skanderbega (Gjergj Kastrioti Skënderbeu) oraz zobaczyć pobliski meczet Ethem Beja sąsiadujący z wybudowaną w 1830 roku wieżą zegarową (Kulla e Sahatit). Wszystko to znajduje się w samym centrum miasta, czyli na placu Skanderbega. W pobliżu kręcą się koniki, u których bez problemu wymienimy pieniądze - za 1 euro otrzymamy 120 leków. Jeśli ktoś ma obawy, co do takiego sposobu wymiany pieniędzy (będąc ostrożnym, nikt nas nie oszuka) w pobliżu znajduje się kilka kantorów. Jeśli chodzi o pamiątki, to niewątpliwą ciekawostką jest bunkier-popielniczka, różnorakie emblematy, flagi, czy figurki. Z kolei w sklepie koniecznie zakupmy brandy Skanderbeg (troszkę ponad 14 zł). Można również spróbować piwa Birra Tirana (ok. 2 zł). Dla "słodkich dziurek" na pewno też coś się znajdzie (np. chałwa, bakława itp.). Mając więcej wolnego czasu, skuśmy się na byrek, czyli ciasto francuskie z serem lub mięsem (dostępny przede wszystkim w specjalnie do tego przygotowanych lokalach - byrektorje). Dodam jeszcze od siebie, iż pobyt w Tiranie wiązał się dla mnie jeszcze z jedną bardzo ważną kwestią. Mianowicie stolica Albanii jest jednym z naprawdę nielicznych miejsc, gdzie istnieje możliwość zakupu podręczników do nauki języka albańskiego oraz słowników. W znajdującej się w gmachu Opery przy placu Skanderbega księgarni językowej "Adrion" zakupiłem napisany po angielsku podręcznik do nauki języka albańskiego (Let's learn Albanian) oraz polsko-albański słownik. Nauka tak trudnego języka jest nie lada wyczynem, mam jednak nadzieję, iż nie jest to niewykonalne.
Po zakupach ruszyliśmy w stronę Shkodry. Aby bezproblemowo wydostać się z miasta skierujmy się na ulicę o nazwie Rruga e Durrësit. Po kilku kilometrach ukaże się nam rozjazd - jadąc prosto dotrzemy właśnie do Durrës, jeśli skręcimy w prawo - naszym celem będzie Shkodra.
Stan drogi w kierunku czwartego co do wielkości miasta Albanii jest bardzo dobry (wspomniałem już o tym w zeszłorocznym opisie). Z Tirany do Shkodry jest ok. 90 kilometrów i odległość tę pokonamy w czasie ok. 1 h 30 minut. Uważajmy na częste patrole policji. Raz właśnie policia rrugore zatrzymała nas najprawdopodobniej za przekroczenie prędkości. Jednak policjant tylko na sekundkę do nas podszedł, zamienił dwa zdania z kolega i po prostu…zmył się. Być może rozmowa ta wyglądała tak:
-Chłopie, to są turyści! Dasz im mandat, to już do nas nigdy nie wrócą!
-Ty, chyba masz rację, turystom też coś od życia się należy! :)
Także nasze doświadczenia z policja albańską ograniczają się do tego jednego spotkania.
Trochę miejsca warto poświęcić jeszcze albańskim kierowcom. W Albanii, ale też generalnie w większości krajów bałkańskich, obowiązuje zasada - kto większy, ten ma pierwszeństwo. Co ciekawe, chociaż manewry kierowców na drodze mogą doprowadzić nie jednego do zawału, to o dziwo nigdy w Albanii nie widzieliśmy żadnego wypadku! Jest to chyba spowodowane tym, iż wbrew pozorom - południowcy nie jeżdżą zbyt szybko. W każdym bądź razie, na drodze musimy zachować spokój i mieć mocne nerwy. Wymuszanie pierwszeństwa, jazda na czerwonym świetle albo też pod prąd to naprawdę nic specjalnego. Do tego po prostu trzeba się przyzwyczaić.
Dalsza droga była już nam znana, także podobnie jak w roku ubiegłym, w Shkodrze, skierowaliśmy się w stronę przejścia z Czarnogórą we wsi Muriqan (pamiętajmy, aby nie przeoczyć skrętu w lewo do mostu - nie informują o tym żadne znaki). Po kilkunastu kilometrach docieramy do kilku budek celników. Tam pobierane są stosowne opłaty (wspomniane wyżej) i droga do Czarnogóry wolna.
Tym sposobem, Albania została zaliczona po raz trzeci. W każdym roku zwiedzaliśmy inny region kraju potomków starożytnych Ilirów. Nie ukrywam, że moim marzeniem jest dotarcie do najmniej odkrytych, dziewiczych terenów północnej Albanii (tzw. Alpy Albańskie - Prokletije), w tym wioska Vermosh, która zimą jest odcięta od świata. Ale taka wyprawa jest możliwa tylko samochodem terenowym. Może kiedyś…
Czarnogóra - tutaj w zasadzie nic się nie zmieniło, co wymagałoby opisu. Ciekawostką natomiast był fakt, iż kilka kilometrów przed Tivatem zatrzymał nas policja. Tym razem jednak przyczyną nie była prędkość, lecz…maglenki. Oczywiście w pierwszej chwili nie mieliśmy zielonego pojęcia, co też gość ma na myśli. Po 5 minutach okazało się jednak, że mowa o…światłach przeciwmgielnych, których rzekomo w Czarnogórze używać nie wolno. Była to ewidentna próba wyłudzenia łapówki. Na hasło "50 euro mandatu" bardzo się zdenerwowaliśmy, przytaczając na swoją obronę argument, iż przed chwilą jechał tędy zupełnie nieoświetlony samochód (co było prawdą). W tym momencie policjant totalnie zgłupiał i natychmiast oddał wszystkie dokumenty. Jest to kolejny przykład, iż do policjantów na Bałkanach trzeba mieć odpowiednie podejście oraz odpowiednie argumenty na własną obronę, no i przede wszystkim rozmawiać po polsku (w krajach słowiańskich rzecz jasna!). Gdyby jednak tego było mało, na granicy czekały nas 2 godziny stania w długiej kolejce! I co ciekawe, wszystko z winy Chorwatów, którym odprawa szła niezwykle ślamazarnie. Z innej beczki, polecam zatankować paliwo przed wjazdem Chorwacji. Chociaż różnice nie są aż tak wielkie, zawsze kilkanaście złotych zostanie w portfelu.
Przed północą udaliśmy się na nocleg do naszych przyjaciół pod Dubrownikiem, gdzie spędziliśmy noc oraz najbliższy dzień. Jak się okazało - to już dziesięć lat, odkąd pierwszy raz zawitaliśmy do Dubrownika. Ile od tego czasu się zmieniło… Co dobre, szybko się kończy - równo o 20 wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po mniej więcej godzinie wjeżdżamy do Neum, które leży na terytorium Bośni i Hercegowiny. Tam też można zatankować nieco tańsze niż w Chorwacji paliwo. Ok. 35 km od Splitu w miejscowości Šestanovac wjeżdżamy na autostradę A1, którą już bez przerwy jedziemy do Rijeki. Całkowity koszt tego 450 kilometrowego odcinka wynosi niecałe 100 zł. Uważam, iż biorąc pod uwagę perfekcyjną jakość wykonania chorwackich autostrad, to nie aż tak dużo (tyle samo przecież kosztuje przejazd przez Serbię, gdzie drogi są nieporównywalnie gorsze). Po krótkim, bo 3 godzinnym odpoczynku ruszamy przez fragment Słowenii w kierunku włoskiego Triestu. Z niego przez Portoguaro, Vittorio Véneto oraz Belluno wjeżdżamy do Parku Narodowego Dolomitów. W miejscowości Agordo warto na chwilę zatrzymać się, aby pokontemplować przepiękne widoki postrzępionych szczytów Dolomitów.. Można też skusić się na małą przekąskę w licznych pasticceriach. Dalej kierujemy się do Arabby, skąd już tylko kilka chwil dzieli nas od najwyższej góry Dolomitów - Marmolady, która wznosi się na wysokość 3342 m. n.p.m. Istnieje oczywiście możliwość wjazdu na Błyszczącą (takie jest polskie tłumaczenie słowa marmolada). Koszt od osoby 20 euro.
Dalej nasza trasa prowadzi przez Bolzano (niem. Bozen - w końcu to Südtirol) oraz Meran / Merano. Tam też skręcamy w lewo. Po 50 km niezliczonych ilości sadów wypełniających całą dolinę skręcamy w lewo na przełęcz Stilfserjoch / Passo di Stelvio. Pamiętajmy, iż droga jest tutaj utrzymywana wyłącznie od maja do listopada (czasem z uwagi na obfite opady śniegu jest zamykana wcześniej). Po przejechaniu ok. 10 km w miejscowości Trafoi naszym oczom powoli ukazuje się jęzor lodowca. Jednak aby tam dotrzeć musimy pokonać, uwaga, ponad 48 180 stopniowych zakrętów. Bez sprawnych hamulców i sprzęgła nawet nie próbujmy się tutaj zapuszczać. Pokonanie tego odcinka zajmuje ok. 40 minut. Warto tutaj poświęcić trochę miejsca na karcie lub filmie w aparacie, bo widoki zapierają dech w piersiach. Podobne mieliśmy okazję zobaczyć np. na Grossglocknerze w Austrii lub w rumuńskich Górach Transfogaraskich.
Już na przełęczy, dla chętnych do 16.30 kursuje kolejka na lodowiec, gdzie można pojeździć na nartach. Funkcjonuje tutaj również schronisko, hotel i kilkanaście sklepów z pamiątkami. Co ciekawe, wjazd na przełęcz od drugiej strony (z Bórmio) nie jest już tak stromy, o czym świadczy mniejsza liczba zakrętów (ok. 15-20). Jednak widoki są równie interesujące, także nie żałujmy miejsca na zdjęcia.
Po ok. 30 minutach dojeżdżamy do Bórmio. Miejscowość ta co roku jest organizatorem biegu zjazdowego. Wiele osób ponadto przyjeżdża tu na wakacje zimowe. Naszym celem jest jednak Livigno, do którego z Bórmio jedzie się ok. godziny. Po drodze mijamy bardzo ładną miejscowość Isoláccia (kojarzy mi się z grecką Floriną).
Kilka słów o Livigno. Jest to miejscowość wypoczynkowa położona we Włoszech. Popularności dodaje jej fakt, iż jest tutaj strefa bezcłowa, gdzie zakupimy tani alkohol, elektronikę oraz średnio o 20% tańsze paliwo. Po krótkich poszukiwaniach noclegu udało się znaleźć pokój dla trzech osób za 71 euro ze śniadaniem. Wieczorem udaliśmy się do pobliskiej knajpki na pizzę i tym miłym akcentem zakończyliśmy aktywnie spędzony dzień.
W dniu następnym o poranku udaliśmy się do jednego ze sklepów, aby porównać ceny. Okazuje się, że wszystko jest o wiele tańsze niż w Polsce. Różnica na korzyść Livigno wynosi czasem nawet 50% ceny. Przykładowo - 1 litr wódki Wyborowej to wydatek 5,50 euro, czyli 20,90 zł. Ciekawostką było również 40 letnie Hennessy za bagatela…1700 euro (6460 zł).
Pobyt w Livigno dobiega końca. Naprawdę, warto tutaj przyjechać na narty. Z uwagi, iż nasza trasa do domu przebiegać będzie przez Innsbruck i Monachium, z Livigno trzeba wydostać się od strony północnej. W tym celu wybudowano 4 kilometrowy tunel łączący ten znany kurort ze Szwajcarią. Opłata za przejazd 10 euro. Uwaga! Tunel nie jest otwarty całą dobę, a ruch odbywa się wahadłowo (otwarta jest tylko jedna nitka)! Dokładne godziny otwarcia można sprawdzić w Internecie lub pisząc maila do informacji turystycznej w Livigno.
Nasza dalsza droga prowadzi przez Zernez, Susch, Ramosch i Martinę do położonego już Austrii Pfunds. Stamtąd, dla chętnych, można udać się do kolejnej strefy bezcłowej w Samnaun. Bardzo ciekawe miejsce, posiadające swój własny, niepowtarzalny klimat. Samnaun to również ośrodek narciarski połączony z położonym po przeciwnej stronie góry austriackim Ischglem.
Od tego miejsca kierujemy się do Innsbrucka. Pamiętajmy, aby przed wjazdem do tunelu omijającego Landeck zakupić winietkę, gdyż bezpośrednio po wyjeździe znajdujemy się na autostradzie. Koszt winietki to 7,70 euro za 10 dni. Obowiązuje w całej Austrii. W ten sposób, jadąc przez Innsbruck, Kufstein oraz niemieckie Monachium (München), Ratyzbonę (Regensburg) dojeżdżamy do przejścia granicznego z Czechami w Rozvadovie. Od tego miejsca aż do miejscowości Hradec Králové jedziemy autostradą. Uwaga! Jak powszechnie wiadomo, oznaczenia dróg i drogowskazy w Czechach są okropne, dojeżdżając do Pragi zwróćmy szczególną uwagę na niestety tylko raz powtórzony napis OSTATNI TRANZIT. Podążając ostatnim tranzitem ominiemy stolicę Czech i nie będziemy bezcelowo wjeżdżali do centrum. W Hradcu Královym znaki prowadzą do przejścia w Nachodzie-Kudowie Zdroju. Od czasu do czasu jesteśmy informowani, że jedziemy do Wrocławia (ale żeby było jasne - wg braci Czechów w Polsce leży nie tylko Wrocław, ale również Wróclav, Wroclaw itp. :).
Tym sposobem po prawie trzech tygodniach nieobecności znowu jesteśmy w Polsce. Do Chorzowa przyjechaliśmy przed 2 w nocy. W tym czasie zrobiliśmy prawie 7 tys. kilometrów, zaś sama trasa Zakynthos-Chorzów zakończyła się wynikiem 3555 km :)
Bałkany to nadal nie do końca odkryty zakątek Europy. To właśnie na Półwyspie Bałkańskim zachowały się tak poszukiwane dzisiaj wartości jak poszanowanie tradycji czy szacunku dla starszych. Dla mieszkańców tego rejonu Europy pieniądze nie są istota życia. Stanowią jedynie jego dodatek. Podróżując przez rzekomo najbiedniejsze państwa Bałkanów odnajdujemy jednocześnie niewiarygodne bogactwo kultury, zachowań i tradycji, która jest starannie pielęgnowana i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dla mnie Bałkany to kwintesencja niczym nie wymuszonej, naturalnej gościnności, gotowości do pomocy. To miejsce, gdzie czas płynie wolniej, a pośpiech należy do rzadkości. Półwysep Bałkański pozwala dostrzec to, o czym zapominamy na co dzień w naszym pozbawionym wytchnienia, szybkim życiu.
Od mieszkańców Bałkanów możemy się bardzo wiele nauczyć. Podczas podróży spróbujmy tylko wsłuchać się w to, co chcą oni nam przekazać…
W przypadku jakichkolwiek pytań odnośnie samej wyprawy czy też innych kwestii dot. Bałkanów, czekam na Wasze maile - lignomat1(malpa)orange.pl