podróże, wyprawy, relacje
reklama
Maciej Doberstein
zmień font:
Maćkowa wyprawa za ocean (1998)
artykuł czytany 3033 razy
Dzień drugi upłynął pod znakiem zakupów. Ponowna wycieczka do Fort Collins miała na celu wejście w posiadanie drogą kupna fotoaparatu w miejsce mojego zapowietrzonego Zenitha. (Rwie on filmy w dowolnych miejscach a dodatkowo nierówno naświetla co jakiś czas klatki.) Najpierw spokojnie obejrzeliśmy ofertę w supermarketach opędzając się od wiecznie uśmiechniętego i boleśnie uczynnego personelu. Markety są podobne do naszych Macro Cash&Carry (półhurtownie takie jak Sam's Club) lub znanego skądinąd Geanta (tutejsze Wal Mart i K'Mart). Dwa dni zajęło mi zrozumienie, że do większości z nich można wejść bez wózka mając tylko ręce w kieszeniach. Pełna swoboda w wyborze towaru: można dotykać, sprawdzać, oglądać na wszystkie strony, otwierać i grymasić. Każdy produkt jest tu wystawiony w pojedynczym egzemplarzu do przetestowania przez kochanego klienta - nawet najdroższe modele kamer video i sprzętu audio są na pełnym chodzie. Tylko broń (tak, giwery dla wszystkich są tez w supersamach) jest zamknięta za szybą coby kochani klienci nie wystrzelali kasjerów na odchodnym. Personel nie łazi jak u nas za klientem i nie zagląda mu w kieszenie. Rolę tę przejęły gęsto zawieszone pod sufitem kamery telewizyjne, tak więc raczej trudno bezkarnie coś buchnąć z półki, choć widywałem uszczknięte opakowania. W USA panuje zasada, że wszystkim się wierzy do czasu pierwszej próby oszustwa. Wieść o nieprawomyślności rozchodzi się błyskawicznie po całym kraju i jakimiś tajemniczymi sposobami nagle wszyscy wokół robią się lekko nieufni. Dlatego dla spokojnego życia nie warto kombinować, tym bardziej że tubylcy nie kochają zbyt mocno przyjezdnych.
Po zlustrowaniu bogatej oferty supermaketow poszliśmy do chińskiej restauracji (Olek stawiał). Wstęp do Chińczyka kosztuje ok. 7 dolarów ale za to można jeść co się chce, ile się chce i jak długo się chce. A wybór niczego sobie: ryż przyrządzony na 4 sposoby, makarony, kurczaki w wersjach od fastfoodowej (pod kątem białych) na czysto orientalnej skończywszy, owoce morza, jakieś cudy-niewidy porobione z warzyw... dla smakosza raj a i dla głodomora siódme niebo; napchać się do nieprzytomności za 20 zł bez popędzającego personelu to nie lada frajda.
Zaatakowałem swój talerz obfitości pałeczkami. Przy grubszych potrawach nawet nienajgorzej mi szło, ale gdy doszło do dziobania ryżu wyraźnie spowolniłem i tak ślimacze tempo. Wreszcie po 10-ciu minutach stwierdziłem, że bardziej się spociłem niż najadłem i sięgnąłem po widelec przyniesiony zawczasu przez przewidującego Olka. Czego tam nie było... kurczaki na ostro i na chrupko, wołowinka w jakimś fantastycznym sosie, ryż na słodko, maleńkie kolby kukurydzy, którymi udekorowano sztukamięs w wersji azjatyckiej. Także jakieś pierścionki ze smażonej na krucho cebuli (średnica takiego pierścionka z powodzeniem konkurowałaby z bransoletami), pierożki z serem (podobne do naszych, ale nie słodkie), małże, krewetki o rozmiarach małej myszy, odnóża krabów (oj, trzeba mieć mocne zęby żeby się dobrać do soczystego mięsa) a wszystko zapijałem piwem korzennym (smak syropu przeciw kaszlowi, który wylał się do kubka z coca-colą. Z piwem nie miało to chyba nic wspólnego). Na sam koniec można było sobie zrobić własnoręcznie deser owocowo-lodowy i zagryźć ciasteczkiem z wróżbą. Można było tez bez krępacji pozdrawiać 'od tasiemca' otoczenie, w chińskich restauracjach jest to mile widziane przez gospodarzy. Za to można się śmiertelnie narazić wydmuchiwaniem nosa. Nażarci i zadowoleni wróciliśmy bez entuzjazmu do marketu po upatrzony wcześniej aparat fotograficzny. Pofolgowałem przy okazji swojemu dziecinnemu charakterowi dorzucając do koszyka pióro laserowe (u nas i tak kosztuje co najmniej 100 PLN, a tu walały się dosłownie koło herbaty i kawy kosztując niewiele). Potem siedziałem dwa dni puszczając zajączki po ścianie odległego o kilkaset metrów od nas szpitala i oślepiając komary w moim pokoju...
Dzień trzeci upłynął na drapaniu bąbli po mściwych komarach. Wieczorem poprzedniego dnia bowiem zabraliśmy się za uszczelnianie miski olejowej w samochodzie. Latające draństwo oczywiście nie przepuściło takiej okazji i na podwórzu odgłosy studenckiej imprezy mieszały się z naszymi warczącymi a treściwymi w swojej wymowie komentarzami pod adresem piękniejszej połowy komarzej populacji. (Wiadomo wszystkim przecie, że panie-komary żywią się krwią, panowie natomiast pyłkami kwiatowymi. Taka to już romantyczna płeć, natury nie da się oszukać, o nie!). Dopiero olśnienie ocaliło nasze marne skóry - przypomniałem sobie bowiem o piwie, szybko popędziłem do domu po puszki i na miejscu obalilim po jednej. Efekt rewelacyjny, w komarzyce jakby piorun strzelił - rozprysły się momentalnie. Jak to z babami - pójdzie sobie chłop na piwko z kolegami to za cholerę taka się już potem nie przytuli. Samo życie.
Ale jako się rzekło, trzeciego dnia drapiąc się po bąblach na różnych częściach ciała, pojechaliśmy do Cheyenne - stolicy stanu Wyoming. Krążąc uliczkami przez chwilę czułem się jak w cywilizowanym mieście - budynki nareszcie zaczęły przypominać konkretne domy, w porywach nawet czteropiętrowe. Każda stolica stanowa musi mięć miniaturkę waszyngtońskiego Kapitolu, tu też takowa była - chyba jedyny Kapitol ze szklaną kopułą w całej Ameryce. Zdjęcie wykonano rzecz jasna. Obok Kapitolu był sobie mały deptak z ławeczkami - niektóre z nich mają udekorowane oparcia całkiem zgrabnymi artworkami ze scenkami z historii Wyoming (trudno to wprost nazwać malowidłem czy obrazem). Na pewno prezentują się ładniej, niż rodzime dzieła wydrapane scyzorykiem bądź wprost pazurami a głoszące miłość do rożnych Beat, Asiek czy Legii.
Cheyenne jest przede wszystkim bazą lotniczą sił powietrznych, siły owe zarządzają nie tylko samolotami ale też rakietami bojowymi, z głowicami atomowymi jak najbardziej na czubku. Swego czasu były wycelowane w dobrze nam znaną część Europy, teraz zostały podobno zdemontowane. Trzy z nich wystawiono jednak ku uciesze gawiedzi na widok publiczny. Rozpoznałem antycznego Minutemana i Pershinga, trzecia rakieta została mi nieznana. Nam zabawnym wydał się fakt, że baza i rakiety stały sobie przy Pershing Boulevard - trzeba jednak wiedzieć, że zarówno ulica jak i rakieta wzięły nazwę od amerykańskiego generała a nie odwrotnie.
Dość szybko sprzątnęliśmy się jednak do Laramie, trzeba się było wyspać przed czwartkową podróżą do Yellowstone. A zacny to szmat drogi...
Strona:  « poprzednia  1  2  3  4  5  6  [7]  8  9  10  11  następna »

górapowrót